poniedziałek, 28 stycznia 2013

Partnerstwo dla pokoju.

Dawno temu postanowiłem, że nie będę pisał o polityce. Oczywiście postanowienie to złamałem kilka razy, bo gdybym nie złamał, to nie byłbym sobą. Konsekwencja - zero, to w końcu mój znak rozpoznawczy. Dziś nie jestem pewien, czy temat jest bardziej polityczny, czy bardziej społeczny, czy raczej światopoglądowy, czy tak po prostu mam ochotę o tym napisać - jeśli jednak rzygasz każdym tematem, który przechodzi przez adres Wiejska 4/6/8 w Warszawie, to możesz sobie odpuścić resztę tekstu - po co masz się stresować.

Dziś będzie o partnerstwie. Temat przeruchany przez media wszelkiego odcienia jak to tylko możliwe, niemniej jednak dający na tyle do myślenia, że aż się chce przelać to na klawiaturę. Paradoks. Czemu? No jak to czemu? Zastanów się przez chwilę - ile przemyśleń i refleksji może normalny człowiek poświęcić tak prozaicznej sprawie, jak dwójka dorosłych ludzi, którzy poprosili się o chodzenie. Jest kochane, jest całowane, jest pewnie robione coś więcej pod kołdrą, albo i na pralce i w zasadzie temat zakończony. Zdrowia i pomyślności życzę. Proste? Nie do końca.

Otóż - są na świecie takie rzeczy, które się wielu z Nas nie śniły. Że np. Michael Jackson chciał kiedyś zagrać Spider-Mana, lamy potrafią surfować, 5318008 wpisane na kalkulatorze, to po angielsku "cycki" (ale tylko jak odwrócisz kalkulator do góry nogami - takie jaja!), a niektórzy ludzie nie chcą się hajtać, bo nie. Nie przeszkadzają im kocie łapy, żyje im się dobrze w konkubinatach i za nic w świecie nie chcieliby tego psuć. I nie chodzi tu o niechęć do kościelnej sztampy. Są po prostu wśród nas takie pary, którym szczęście (mam nadzieję) i spełnienie (tym bardziej) daje bycie ze sobą - bez papierków, zaświadczeń czy aktów. Każdy z nas kogoś takiego zna, a jeśli nie zna, to znaczy że ma niewielu znajomych i coś z nim jest nie tak. Wiem, wiem - to wszystko wciąż wydaje się proste. Są ze sobą? Są. Dobrze im? Dobrze. Więc gdzie na tej kociej łapie jest pogrzebany jakikolwiek pies? Otóż (po raz drugi) - życie niestety nie składa się z samych zajebistości. Oczywiście najlepiej by było, żeby tych zajebistości było jak najwięcej i zapewne każdy z Nas do tego dąży, bardziej lub mniej świadomie. Niestety w życiu, z dowolną i najczęściej nieprzewidzianą częstotliwością, pojawiają się problemy. Pal licho, jeśli dotyczą zepsutej spłuczki w kiblu lub trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia z korporacji. Da się naprawić. Gorzej, jeśli te problemy wiążą się ze wspólnym gospodarstwem domowym, hospitalizacją czy co najgorsze - z zejściem do piwnicy, zdaniem kluczy czy jakie tam stosujecie eufemizmy związane ze śmiercią. Do tej pory państwo w obrączkach i państwo na kociej łapie żyli sobie tak samo. Raz lepiej, raz słabiej, ale do przodu. Niestety jedna para w takim momencie zastaje przed sobą zajebiście strome schody. Małżonkowie dzielą prawo własności do przeróżnych rucho- i nieruchomości (wyłączając przypadki intercyzy i rozłączności majątkowej), mają prawo do informacji o stanie zdrowia, a także spadku. Jeśli jednak nie posiadasz stosownego papierka, w jednym momencie możesz z partnera/kochanka/drugiej połowy stać się nikim. Dosłownie.W świetle prawa jesteś dla najbliższej Ci osoby obcy. Nieważne ile lat życia dzieliliście, czy macie dzieci lub zwierzątka domowe, czy w pocie czoła wiliście sobie wspólne (ale siłą rzeczy zapisane na jedno z Was) gniazdko, jak wiele, jak mocno i jak poważnie Was łączyło - jeśli coś się popsuje, to państwo prawa mówi Wam, drodzy obywatele: "sayonara", trzeba się było hajtać, durne fajfusy. I w sumie byłoby w tym sporo racji, gdyby nie to, że:

Nic temu państwu, reprezentowanemu przez urzędasów i ich przełożonych, do tego jak każdy z Nas chce sobie ułożyć życie. Jedni czują spełnienie w małżeństwie z czwórką rozkosznych berbeci, inni w samotności w objęciach rybek akwariowych, a jeszcze inni w zwyczajnym, niezdefiniowanym do końca "byciu ze sobą, tak po prostu". Niby wszyscy spełniają swoje obywatelskie obowiązki (zakładając, że płacą podatki, nie ściemniają w PIT'ach, nie jeżdżą na gapę i sprzątają odchody po swoich pupilach). Problem w tym, że Ci pierwsi cieszą się przy tym pełnią praw, Ci drudzy z wyboru z części tych praw nie korzystają, natomiast Ci trzeci są tych praw pozbawieni. Why? Because fuck you, that's why. Państwo polskie, złotymi ustami naszych posłów daje im do zrozumienia, że kładzie na nich laskę. Wycierając sobie gęby frazesami o solidarności, pomocy wykluczonym i wyrównywaniu szans, wybrańcy narodu wypierdalają do śmietnika projekt ustawy, która ma w zasadzie jeden cel: ułatwić życie pewnej części obywateli. Nikomu nie zabierając przywilejów, nie wchodząc z butami w niczyje prawa, nikogo nie ograniczając, nikomu nie robiąc krzywdy. Dając za to niektórym ludziom możliwość poukładania sobie formalności bez zawierania związku małżeńskiego, którego z różnych powodów zawierać nie chcą, czy nie mogą (i nic Nam do tego, drodzy Państwo). Jedno z wyjątkowo rzadkich w naszej szerokości geograficznej rozwiązań "pro", a nie "anty".

Niestety w Polsce miłość bliźniego jest kaleka. Kochamy najczęściej za coś, pomagamy bo tak wypada, ułatwiamy jak ktoś nas zmusi. Dobroć? Życzliwość? Bezinteresowność? Owszem, ale tylko dlatego, że przeraża nas smród pośmiertnej siarki w jakimś zatęchłym kociołku w piekle. Empatia to tylko obco brzmiący wyraz ze słownika Kopalińskiego, my mamy, nam jest dobrze, należy się i basta. Reszta niech zamknie japy, albo spierdala do zachodnio-relatywistyczno-przegniłej cywilizacji śmierci. Wystarczy już, że chłopi nie odrabiają pańszczyzny, dzieci nie pracują w fabrykach, niewolnictwo jest zakazane, a kobiety mogą głosować. Partnerstwa im się jeszcze zachciewa i to z prawami jakimiś. Wywrotowców banda!

wtorek, 22 stycznia 2013

Tell Me Stories czyli zabawa w teledysk.

Reaktywacja. Ładne słowo, nawet jeśli użyte w tym kontekście nieco na wyrost. Jedna notka po roku reaktywacji wprawdzie nie oznacza, ale może i uda się tego trupa ożywić na dłużej. W końcu zombie-blog, to też blog - nie do końca żywy, ale też nie kopnięty w kalendarz na amen. Nadzieja jest!

Tak czy inaczej - do rzeczy. A rzecz w tym, że znalazł się w końcu powód, żeby wklepać tu nową notkę. Okazji było wprawdzie wiele, ale sama okazja powodu nie czyni (nie wiem czy istnieje w przyrodzie taka zasada - jeśli nie, to niniejszym ją ustanawiam i taguję swoim imieniem). Powodem zaś jest premiera klipu do numeru "Tell Me Stories" autorstwa niejakiego Maćka Wunscha, mojego ziombla z czasów, kiedy miałem dużo mniej kilogramów i tyle samo więcej włosów - czyli z czasów zajebiście dawnych. Kontakt mieliśmy wprawdzie przez te lata sporadyczny, ale jakiś czas temu Maciek przeprowadził się w moje okolice, co oczywiście zaowocowało wznowieniem znajomości (okazjonalna szklanka whisky w towarzystwie dymu bynajmniej temu wznowieniu nie zaszkodziła). I jak to często w takich przypadkach bywa, od słowa tu do słowa tam doszliśmy do wniosku, że skoro Maciek klei i wydaje muzykę, to może warto ubrać ją w jakieś wizualki. Jego nowe wydawnictwo, zatytułowane (a jakże!) "Tell Me Stories EP" wyszło właśnie wtedy nakładem wytwórni Nitodrum, dzięki czemu ominął nas dylemat wybierania kawałka, którego w te wizualki przyodziejemy. Problemem była jedynie treść klipu i tu pojawiłem się ja w całej swojej skromnej osobie i wpadłem byłem na taki oto pomysł: 

"Nakręćmy typa, który wraca do domu z pracy, ciśnie drinka, dusi kiepa, a potem zamyka się sam w ciemnym pokoju z zamiarem oddania się pewnej "guilty pleasure" - grze komputerowej, w której kontroluje postaci w różnych scenkach. Coś jak Simsy, wiesz o co chodzi, ale zamiast budowania kuchni i meblowania salonu, wrzućmy tam trochę przemocy, seksu, imprezy i narkotyków. Aha - i niech mają na sobie maski, bo w końcu abstrakcji w klipie nigdy dość. Podzielimy to na trzy części, każda będzie osobną "historyjką" (bo w końcu "stories", co nie?). No i nie róbmy tego w takim rzucie jak Simsy, tylko tak bardziej hmmm... wiesz co, ja Ci to wyreżyseruję jak chcesz, bo ja już to widzę w głowie. Co ty na to?"

Maciek na to, że spoko i że zajebiście i że ma nawet kogoś, kto to nakręci (Justyna - rispekt!) i kogoś, kto to zmontuje (Kuba - rispekt!). Ja mu na to, że skoro on ma ludzi po tej stronie kamery, to ja mu załatwię ludzi po tej drugiej (Lokalna, Czarny, Hauka - rispekt, rispekt, rispekt!). Jak postanowili, tak zrobili i oto po dwóch miesiącach możemy z dumą zaprezentować nasz pierwszy wypiek. Jako amatorzy w temacie nie ustrzegliśmy się oczywiście błędów, niedoróbek i innych wtopek, niemniej jednak mam nadzieję, że oglądając klip będziecie się bawić równie dobrze jak my kręcąc go. Albo trochę słabiej, bo jednak my bawiliśmy się wyśmienicie i siłą rzeczy ciężko Wam będzie bawić się tak samo. Tak czy inaczej - zapraszam do oglądania, a nawet zachęcam do komentowania. Tell Me Stories Official Video.



P.S. Jeśli chcecie być na bieżąco z Maćkiem i jego kolejnymi muzycznymi historiami, to zapraszam na jego oficjalne profile na serwisach Soundcloud i Facebook. Niewykluczone, a nawet całkiem prawdopodobne, że już niedługo wpadniemy na kolejny teledyskowy pomysł i znowu będzie powód, żeby coś o tym napisać. Stay tuned!

środa, 11 stycznia 2012

na nowo i noworocznie

20 Kwietnia 2011r. 266 dni pierdolonej posuchy na moim własnym metrze kwadratowym internetu, który obiecałem doglądać, obsiewać słowem i podlewać żartem regularnie. A teraz co? Chwastem zarosło, marchewki pogniły, chryzantemy do wyrzucenia i jeszcze co chwila słyszę: "Może byś coś zrobił w końcu z tym śmietnikiem? Posprzątał? Zasiał coś nowego? Tak fajnie było i zjebałeś, weź to ogarnij w końcu, bo przykro patrzeć". Kiedyś pomyślałbym, że to fajnie tak dać się wyczekać fanom moich pierdół - po celebrycku i w ogóle. Teraz raczej ze wstydem siadam do klawiatury, licząc na to, że może ktoś się stęsknił i widząc nową notkę odkurzy sobie ten adres w Ulubionych i choć raz uśmiechnie japę podczas lektury. Cytując mojego faworyta wśród serialowych skurwieli z przerośniętym ego - I'm back, baby!

Nieco ponad rok temu, przy okazji przełomu rocznego, przygotowałem Wam i sobie paczkę życzeń na nowy, 2011 rok. Dokładnie rok później miał nadejść czas korekt i podsumowań. Tyle, jeśli chodzi o dotrzymywanie terminów. Niemniej jednak sam pomysł nawiązania do tamtej notki i rozpoczęcia tym samym ponownej zabawy w pisanie nie jest taki najgorszy. Wybaczcie więc spóźnienie i przytulcie do ucha kilka słów na nadchodzące 366 dni, które może znowu okażą się lepsze niż poprzednie.

Patrząc na poprzednie lata, a także na te przed nimi i te jeszcze wcześniejsze, mogę Wam śmiało powiedzieć, że 2012 przyniesie kilka rzeczy, pewnych jak etat Ibisza w Polsacie. Obiecuję zatem, że ani polska polityka nie stanie się poważna, ani polskie kabarety śmieszne, ani polscy kierowcy rozsądni i trzeźwi. Równie pewni możecie być tego, że w ciągu tych dwunastu miesięcy zdrożeje coś bardzo Wam niezbędnego, a stanieje jakiś bezużyteczny chłam. Telewizja wciąż będzie promować sezonowe miernoty, radio nie przestanie układać playlist w oparciu o gust bywalców Pinokia, a w kinach co jakiś czas będzie wybijać szambo w wersji 3D. To nie jest kurwa Hogwart i nie liczcie tu na żadne czary-mary.

Nie zrozumcie mnie źle, ja nigdzie nie zapodziałem moich różowych okularów - chcę Wam tylko uświadomić, że pewne rzeczy są stałe, niezmienne, constans i nie ma co na nie narzekać. Będą i już - narzekanie jest dla dobre dla recenzentów polskich komedii i autorów Demotywatorów. Cała reszta powinna powyższy akapit skwitować leniwym "pfff". Przynajmniej z kilku powodów:

W 2012 czeka kilka niezłych filmów ("ostatni" Batman, czy "pierwszy" Hobbit, żeby wymienić tylko dwa najbardziej mnie kręcące), czy kontynuacji seriali, które z radością kradniemy z internetów, żeby móc rozpoczynać rozmowy ze znajomymi od "Widziałeś? Nie? To nic Ci nie powiem, bo będzie spojler!". Od czasu do czasu dygniemy z pewnością na jakiś koncert, pojedziemy na kolejne edycje ulubionych festiwali, albo sprawdzimy pierwsze edycje nowych. Do tego nasi ulubieni muzycy znów zaskoczą nas porcją świetnej muzyki w swoim wykonaniu... albo wręcz przeciwnie - wyładują nam w uszy wyjątkowy szajs, dzięki czemu zaczniemy szukać czegoś nowego, świeżego i odkryjemy nowych ulubionych wykonawców. Natura nie znosi próżni. W międzyczasie, jak zwykle znienacka, trafimy na jakąś szatańską imprezę, po której będziemy dochodzić do siebie tydzień. Minimum. Tak było w 2011 i tak samo będzie w 2012, że o 2013 nie wspomnę, bo to prawo serii. Wyjątków nie przewiduję, tym bardziej, że mam dla Was doskonałą wiadomość! Mimo armii nawiedzonych oszołomów i ich stukniętych teorii, świat się nie skończy 21 Grudnia z powodu ostatniej kartki w Wielkim Złym Kalendarzu. Czemu? A niby czemu miałby się kończyć? Mój kalendarz, jak to kalendarze mają w zwyczaju, też się niedawno skończył, a życie jak się toczyło, tak się toczy. Nie wiem, może autorom zabrakło chęci, żeby go pociągnąć dalej, może doszli do wniosku, że dwanaście kartek wystarczy i pod koniec grudnia trzeba sobie sprawić kolejny egzemplarz. Tak czy inaczej - kalendarze jako zwiastuny Armageddonu są przereklamowane, nieważne czy robili je Majowie przed naszą erą, czy Prószyński i S-ka przed paroma dniami. Koniec, kropka. Możecie planować Sylwestra 2012/13. Nie ma za co.

Tyle w temacie mojej pewności. Pozostały już tylko życzenia, bo to w takich notkach standard, a wbrew pozorom lubię się standardów czasem potrzymać. Na początku przypomniałem notkę sprzed roku i czytając ją po raz kolejny, doszedłem do wniosku, że nic z tego co napisałem, nie straciło na aktualności. Wybaczcie zatem auto-kserowanie, ale jeśli coś Wam się z tego wciąż nie spełniło, to niech się spełni w końcu teraz. Jeśli zaś się udało... to fuck it! Niech się uda jeszcze raz! Dobrych rzeczy nigdy za wiele. Dlatego zapamiętajcie, że nowym, 2012 roku znowu "będziemy chudnąć, częściej chodzić na ambitne filmy, słuchać więcej muzyki, poprawiać biceps, więcej zarabiać, mniej palić, więcej się ruszać, mniej pić. Będziemy ładniejsi, żywsi, mądrzejsi i po prostu lepsi. Znajdziemy czas dla rodziny, dla przyjaciół, zakochamy się, będą oświadczyny, śluby, dzieci, nowe mieszkania, nowe samochody, nowe kariery, awansy, zdane egzaminy, obronione prace, szóstki w szkole i pochwały od szefa. Jedzenie będzie zdrowsze, mieszkanie czystsze, język bardziej kwiecisty, ubrania bardziej modne, a buty lepiej wypucowane. Ogólnie rzecz biorąc 2011 2012 to będzie TEN rok, najlepszy do tej pory, ze wszystkim, czego poprzednie lata nie miały, wypchany po brzegi postępem i samodoskonaleniem. 365 366 dni naszego własnego El Dorado.


Niech Wam się zatem pospełnia! Wszystko i wszystkim! Załóżcie okulary w kolorze bladokoperkowego różu i róbcie sobie dobrze. Idźcie do przodu, nie patrzcie do tyłu, rozwijajcie się, korzystajcie z życia, podejmujcie decyzje, osiągajcie cele, spełniajcie marzenia, doceniajcie i bądźcie doceniani, uśmiechajcie się, kochajcie, wybaczajcie, pomagajcie i tak zwyczajnie, tak po prostu - bądźcie lepsi."
Witając Was ponownie,
życzy Autor.

środa, 20 kwietnia 2011

Szarża

Za oknami wiosna, a na blogu zima, zaspy, bałwany i przeręble.Czas więc na kalendarzowy update i świeżutki wiosenny temat - a cóż bardziej pasuje do dłuższych dni, ciepłych promieni słonecznych, delikatnego wietrzyku, kwitnących krokusów i świergolących skowronków, niż czterdziestu rosłych chłopa odzianych w naramienniki i kaski i zastanawiających się jak urwać głowę innym odzianym w kaski facetom?

Dobrze myślicie - dzisiejszym tematem będzie Futbol Amerykański znany także jako Gridiron. Gra zespołowa, której Europa generalnie nie rozumie, a która w Stanach jest najpopularniejszym sportem, zaraz po wpierdalaniu potrójnie powiększonych zestawów z McDonald'sa. Dla przeciętnego widza i do tego laika w temacie, mecz futbolu wygląda jak ustawka kibiców z towarzyszeniem przedziwnego przedmiotu w kształcie jajka, nazywanego nie wiedzieć czemu piłką. Kiedy jedna ekipa jest w posiadaniu tego jajka i chce je przenieść do przodu, druga robi wszystko, żeby do tego nie dopuścić. A że wachlarz "przeszkadzajek" jest dość bogaty, widz może być świadkiem wielu widowiskowych uderzeń, rzutów o murawę, ciosów barkiem, przetrąceń w powietrzu czy wreszcie przygnieceń do gleby. Tak mniej więcej wygląda pojedynek futbolowy dla postronnego obserwatora... i w zasadzie oddaje całkiem nieźle, choć w wielkim uproszczeniu główną zasadę gry - "Jeśli ja mam piłkę, to chce z nią dobiec o tam, widzisz? Ale ty zrobisz wszystko, żebym tam nie dobiegł, rozumiem. Tylko pamiętaj, że jak ty będziesz miał piłkę, to wtedy ja ci zrobię takie kuku, że już nie wstaniesz. Capisce?". Wnikliwy obserwator zauważy już jednak, że panujący na boisku chaos i przepychanki to tylko pozory, a rozgrywka nie polega na (nomen omen) wolnej "amerykance", ale kierują nią bardzo jasne, choć relatywnie skomplikowane zasady (w porównaniu np. do futbolu wyprodukowanego w Anglii).

Pierwszą informacją, która może przydać się nowym widzom jest podział drużyny na dwie formacje - defensywną i ofensywną. Mówiąc slangiem gier komputerowych - futbol amerykański to w zasadzie strategia turowa: najpierw "offense" jednej drużyny podejmuje wysiłki w celu zapunktowania, którym ma zapobiec "defense" drugiej drużyny, a potem sytuacja się odwraca. Taka "tura" trwa maksymalnie 4 próby, podczas których zawodnik ataku, ma za zadanie zdobyć przynajmniej 10 jardów boiska. W przypadku niezdobycia takiego pola inicjatywa przechodzi na stronę przeciwnika, na boisku zmieniają się formacje i rozpoczyna się kolejna tura - tym razem w druga stronę. Czym jest "zdobywanie jardów"? Jest to po prostu akcja, w której zawodnik ataku przenosi piłkę na określoną odległość od linii wznowienia, czyli rozpoczęcia zagrywki (może to zrobić sam przebijając się przez ścianę z obrońców drużyny przeciwnej, lub złapać podanie odpalone z reguły od swojego rozgrywającego, czyli quarterbacka). Zdobycie 10 lub więcej jardów skutkuje przesunięciem linii wznowienia i zbliżenia drużyny atakującej do pola punktowego (end-zone). Przytarganie tam piłki przez zawodnika ofensywnego, czyli słynne "przyłożenie" skutkuje 6 punkcikami na konto jego drużyny plus szansą na zdobycie dodatkowego punkcika za pomocą kopnięcia w bramkę w kształcie wyszczerbionego widelca, lub jeszcze jednego przyłożenia (to już za dwa punkciki). W tym miejscu muszę dodać, że są to absolutnie podstawowe informacje dla ewentualnego nowego kibica futbolowego, do tego napisane językiem, za który każdy gridironowy purysta powiesił by mnie za jaja na najbliższej bramce. Doszedłem jednak do wniosku, że jeśli chcesz zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, to pokazana tu okrojona forma łopatologiczna będzie najlepsza na początek. Zgadza się - początek, bo żeby w pełni cieszyć się oglądaniem futbolowego widowiska, warto zapoznać się z całym zestawem zasad, dostępnych chociażby tu: na oficjalnej stronie Zachodniopomorskiej Husarii.

W tym momencie doszedłem do meritum, które tradycyjnie już na tym blogu orbituje w okolicach zakończenia. Po co ten cały wywód o zasadach? Otóż jest ku temu całkiem fajny powód. W Szczecinie wznowiła działalność wspomniana wyżej Zachodniopomorska Husaria - drużyna futbolu amerykańskiego, która już 14 maja rozpoczyna rozgrywki o mistrzostwo PLFA II. Ekipa ma już na koncie dwa wygrane sparingi (wyjazdowy z Eberswalder Warriors oraz miejscowy z Bydgoszcz Archers), a w planach oczywiście wygranie ligi i awans do ekstraklasy. Jako znany przeciwnik "szczecinizmu" (dla przypomnienia - objawiającego się w patologicznym powtarzaniu, że "u nas się nic nie dzieje"), polecam Wam wizytę na boiskach, na których rozgrywane będą mecze. Skoro jeśli Warszawie mecze pierwszoligowej drużyny przyciągają już na trybuny po 2tys. kibiców, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby i u nas Husaria dorobiła się grupy sympatyków. Futbol przestaje powoli już być domeną stricte jankeską, a jak lepiej przekonać się o "fajności" tego sportu, niż kibicując na żywo szczecińskiemu teamowi.

Więcej informacji na temat drużyny i rogrywek sezonowych na stronie www.husaria.eu oraz Facebook'owym profilu zespołu.

sobota, 26 marca 2011

300


Nie mam weny dzisiaj zupełnie. Głowę zostawiłem prawdopodobnie wczoraj na barze, tok myślowy urwał się chyba koło 4 nad ranem, a palce zamiast pisać wolałyby pewnie robić coś dużo bardziej interesującego (nie wiem, może pograć na piszczałce, albo postukać w blat stołu). W normalną sobotę pewnie pierdolnąłbym to w kąt i zabrał za wycieranie mordą poduszki, niemniej jednak dzisiejsza sobota nie jest taka znowu normalna. Nie dość, że imieniny obchodzi Eutychiusz, Ludger i Tworzymir, a tłumy na całym świecie świętują rocznicę koronowania Ptolomeusza V na faraona (oprócz Salt Lake City - tam wiwatują z powodu okrągłej 181 rocznicy wydania Księgi Mormona) to jeszcze w tym skromnym zakątku internetów mam zaszczyt pochwalić się urodzinową notką numer 300, pisaną z okazji 3 urodzin bloga (ale heca, że się zgrało!).

Ależ ten czas zapierdala... Równo 3 lata temu, niewyjustowanym wpisem "najsampierw", oficjalnie rozpocząłem zabawę w niepoważnego blogera. Z założenia miał to być mój publiczno-prywatny pamiętnik, miejsce przelewania na klawiaturę podniet, wkurwów, reakcji, wspominek, refleksji i zdań na temat. Założenia mają niestety to do siebie, że często idą do kasacji po ciężkim zderzeniu z rzeczywistością, ale w tym konkretnym przypadku spełniły się w stu procentach. Od trzech lat z większą lub mniejszą regularnością publikuję sobie przeróżne pierdoły, które Wy potem czytacie i nawet czasem się śmiejecie, bo to z reguły śmieszne są pierdoły, przyznajcie sami. Czasem nawet mówicie mi, że się podoba, a wtedy ja się cieszę, bo to miłe jak robisz coś co lubisz, a komuś innemu to się podoba. Dodatkowo łechce to moje ego i wypełnia próżniaczą potrzebę komplementów, więc kółko się zamyka i się kręci. I to jest fajne i niech to trwa i na cały świat lasso!

P.S. Dziś urodziny obchodzi również Zenon Laskowik.Taki fakt.