czwartek, 14 października 2010

rocznica ważna niesłychanie

Dokładnie 5 lat temu, 14 października, bez związku z Dniem Pedagoga, w moim ówczesnym domu pojawił się bardzo specjalny ktoś. Sprowadzony ze schroniska dla bezdomnych psiaków, prosto z klatki dla "szczeniaków do roku" członkostwo w rodzinie Petrusewicz przyjął na swój kudłaty grzbiet sześciomiesięczny Milo.


O historii Milo wiedzieliśmy niewiele - porzucona, półroczna znajda, przebywająca od kilku tygodni w schronisku. Nie wiadomo co przeszedł, ile przeszedł, skąd przybył i dokąd się pałętał. Jedno było pewne - pierwsze miesiące życia musiały dać mu mocno w kość. Bał się wejść na klatkę schodową, sikał pod siebie stojąc na środku pokoju, nieufnie podchodził do instytucji miski i przy każdym podniesieniu głosu w okolicy trząsł się szukając sobie schronienia w największym zakamarku mieszkania. Nie szczekał, nie warczał i właściwie nie wydawał z siebie żadnych odgłosów. Obca mu była agresja tak w stosunku do ludzi jak i innych zwierząt. Kilkanaście tygodni trwało "wynoszenie" go na spacer, przekonywanie, żeby nie wchodził do domu tyłem, a także oczekiwanie na pierwsze szczeknięcia. W międzyczasie nastraszył nas mocno nosówką, którą złapał prawdopodobnie jeszcze przed schroniskowym szczepieniem, a która to choroba kieruje szczeniaki wprost do uśpienia. Graża (czyli moja mama) uparła się jednak i zawalczyła o nowego członka rodziny. Milo przeżył, a wielkie serducho nowej rodziny w połączeniu z gorącą michą oczekującą każdego dnia sprawiły, że powoli zaczął się oswajać i zachowywać jak pies ze stabilną psychiką. Zaczął nawet szczekać, chociaż jego ulubioną formą kontaktu z otoczeniem do dziś pozostało specyficzne wycie



Dziś Milo to 5-letni kawaler, w którym wciąż jednak pozostały szczeniackie cechy. Wprawdzie nauczył się warczeć i szczerzyć kły na innych psich facetów, niemniej jednak nie nauczył się choćby odrobiny agresji w stosunku do ludzi, a jego jedyną formą ataku jest "zalizanie na śmierć". Kudłacz zakochał się w Graży, której towarzyszy od wczesnych godzin porannych do najpóźniejszych nocnych, leżąc nawet pod łazienką, w której aktualnie Graża przebywa.


Awansował na stanowisko drugiego syna i młodszego brata, które okupować będzie do końca życia, bo takiego drugiego jak ten jeden to ze świecą szukać. Wiem, że każdy właściciel czworonoga mówi o swoim to samo i właśnie dlatego korzystam tu z prawa do ogłoszenia, że to najlepszy pies na świecie i basta. Reszta tych zajebistych może co najwyżej zająć w moim prywatnym rankingu miejsce drugie ex aequo, a wiem że jest ich sporo, bo i sporo fantastycznych psiaków znam i uwielbiam. Niemniej jednak Grand Prix w rankingu na najlepszego przyjaciela Owcy w 5 rocznicę przyjęcia do familii bezsprzecznie otrzymuje Milo.


P.S. Spostrzegawczy zauważą pewnie, że jeśli chodzi o rocznice, to zgubił się jeszcze jeden temat. Owszem, 2 października stuknęło mi 28 przeżytych lat. Była z tej okazji impreza, potem druga, a na koniec trzecia. O imprezach można by długo i kwieciście. Brakuje mi jednak weny na hulaszczy post, dlatego tym którzy byli, wycałowali, poskładali, napili i przytańczyli z tego miejsca dziękuję i dodam - takich przyjaciół i znajomych nie ma nikt i niech nikt się nie kłóci, bo go psem poszczuje, a ten zaliże go na miejscu, bez cienia skrupułów.


4 komentarze:

eM pisze...

wzruszyłam się, zaiste

Panna Nikt pisze...

Mój 3 dni temu skończył 9 m-cy :D
Mogłabym każdego dnia pisać notki z ochami i achami na jego temat. Miłość bezwarunkowa i od pierwszego wejrzenia ;)
Milo rzeczywiście z tych psiaków wydaje się być co to szturmem serce zdobywają, choć w moim prywatnym rankingu oczywiście wygrywa Reksio zwany Kleksiorem ;)

Anonimowy pisze...

kurde owca, nie sadzilam, ze sie wzrusze czytajac Twojego blogga, a tu prosze...(szmerek)

Osia pisze...

ON MA TAK PUCHOWE FUTRO!!! misiowy gatunkowo :D