poniedziałek, 11 maja 2009

płaskie jest piękne

nie, nie, dzisiaj nie będzie notki o tematyce kobiet nieobdarzonych przez naturę względami w zakresie klatki piersiowej. nie znaczy to oczywiście, że jestem przeciwnikiem małych biustów, wręcz przeciwni - uważam, że zgrabne, małe cycuszki są równie ponętne jak obfity zestaw (w tym miejscu wielki szacunek dla udostępniających w necie topless-zdjęcia niejakiej Cassie - rispekt :D). oczywiście bez przesady i nie obrażajcie się drogie Panie, bo to wy jesteście autorkami pocieszającej linijki "rozmiar nie ma znaczenia, ale w granicach rozsądku". tak więc musimy się zgodzić, że przesada w żadnym kierunku nie jest wskazana i przejść do meritum - a jest nim dzisiejszy gwóźdź programu, film "Flatland", czyli na polskie "Płaskolandia".

Film ten to jedna z dwóch ekranizacji książki Edwina Abbota, różniących się na pierwszy rzut ok jedynie jednym słowem. Pierwszy, ten bardziej oficjalny, którego recenzję znajdziecie na IMDB, to "Flatland The Movie". Drugi, prezentowany przeze mnie dzisiaj to "Flatland The Film" - oba ściśle nawiązujące do tytułu książki i oba zdradzające brak inwencji w wymyślaniu tytułu filmu. Co jeszcze różni te obrazy? Otóż z tego co mi wiadomo różni je również fabuła. Nie oglądałem "The Movie", więc ciężko mi na jego temat się wypowiadać, czytając jednak streszczenie na wspomnianym IMBD, pomyślałem na początku, że pan recenzent albo filmu nie widział, albo widział i nie zapamiętał nic. Potem dopiero dotarłem do informacji, że filmy powstały dwa i oba, mimo niuansów fabularnych są ekranizacjami jednej książki i jedną historię opowiadają. Różnice zrzućmy na karb dowolności interpretacji i przejdźmy do rzeczy.

Albo nie, zanim do owej rzeczy przejdziemy, mały "trip down the memory lane" czyli owczy powrót do przeszłości. Kiedy zaczynałem moją edukację w szacownym IX Liceum Ogólnokształcącym w Szczecinie, najważniejszą zmianą względem podstawówki był dla mnie zwyczaj nazywania nauczycieli "profesorami". Żaden z nich oczywiście nie posiadał stosownego tytułu naukowego, jednak nasza "grzeczność" i szkolny savoir-vivre miały na celu okazanie szacunku i dobrych manier w stosunku do ciała pedagogicznego. Nauczyciele, jak to nauczyciele, poziomem różnili się diametralnie, jednakże od pierwszych dni jeden z nich zrobił na mnie takie wrażenie, że słowo "profesor" przychodziło jakby naturalnie. Profesor Baran, nietuzinkowy nauczyciel matematyki, postawny jegomość z "dużą prezencją" otuloną przez napiętą do granic możliwości marynarkę koloru stalowego, był jakby żywcem wyciągnięty z książki, charakter tak dobrze narysowany, że aż nierealny. Jego sposób mówienia, zwracania się do uczniów TYLKO w wołaczu, anegdotki, powiedzonka, a nader wszystko sposób tłumaczenia zagadnień matematycznych, budził w nas niezapomniane do dziś wrażenia. Czemu ma służyć ta dygresja? Otóż w trakcie jednej z pierwszych lekcji, profesor Baran starał się nam wytłumaczyć pojęcie dwuwymiarowości, trójwymiarowości i "więcej"-wymiarowości. Posłużył się w tym celu prostym, lecz genialnym przykładem dwuwymiarowych zwierzątek - tzw. płaszczaków. Przed prezentacją wykonał na tablicy profesjonalny rysunek kredowy, którego marna kopię postaram się Wam zaprezentować poniżej.
jak widać, lub też nie, płaszczaki żyją w dwóch wymiarach (długości i szerokości). My, jako doskonałe istoty o trzecim wymiarze majtającym tu i ówdzie, możemy bez problemu zobaczyć całość ich nędznego (z naszego punktu widzenia) istnienia - tego zewnętrznego jak i wewnętrznego. Płaszczaki natomiast zobaczyć nas nie potrafią, mogą ewentualnie (tu w prezentacji prof. Barana następował moment dotknięcia tablicy przed oczami płaszczaka) zobaczyć nasz dwuwymiarowy przekrój. Dla płaszczaków więc jesteśmy swego rodzaju istotami wyższego rzędu (bogami?), ponieważ nie są w stanie zrozumieć i pojąć tego, co nam, trójwymiarowym obserwatorom świata przychodzi bez problemu. w tym samym klimacie nasz matematyk tłumaczył nam ewentualne (teoretyczne) istnienie wymiarów bardziej skomplikowanych niż nasz - tych, gdzie wysokość, długość i szerokość to tylko trzy prymitywne fragmenty większej układanki.

Powyższy wykład (bo nie nazwałbym tego lekcją) zapadł mi dość mocno w pamięć - jakie więc było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że "płaszczakowy" sposób tłumaczenia wymiarowości to pomysł wspomnianego powyżej Abbot'a, którego książkę prof. Baran z pewnością przeczytał. Ja o książce dowiedziałem się niestety w kolejności, uznanej powszechnie za odwrotną (najpierw obejrzałem film), co jednak nie zmienia faktu, że wspomnienia z liceum wróciły. Nie piszę jednak tej notki po to, żeby wspominać sobie czasy bujnej fryzury i szczupłej mordy, tematem był i wciąż jest film "Flatland". Od razu zaznaczę, że "Płaskolandia" nie jest zwykłą opowiastką geometryczną dla nierozumiejących matematyki przestrzennej młokosów (choć taką może się wydawać). Ten film, to w rzeczywistości analiza ewolucji ludzkiej myśli, kolorowa podróż w świat ograniczonych (dosłownie i w przenośni) umysłów, dla których inne znaczy złe. To podane w lekkiej formie studium ludzkiego rozumu, jego otwartości, umiejętności przełamywania barier percepcyjnych (wspomniane postrzeganie w dwóch/trzech wymiarach) w celu poznania świata. To wreszcie gorzka refleksja na temat władzy sprawowanej przez "ciasne głowy" przeświadczone o swojej wyjątkowości i wszechwiedzy. Wszystko opakowane w kolorową, przepełnioną humorem animację, zaserwowane we wszystkich trzech wymiarach. Od Punktu, przez Linię i Kwadrat do Kuli, w "Płaskolandii" znajdziecie przekrój rewelacyjnych, metaforycznych postaci, przekonanych o swojej wyjątkowości, broniących tej świadomości i walczących z każdym, kto ją podważa. Świetna rozrywka, której nigdy nie uświadczycie w kinie. Z głębi tego co zawsze polecam (i przypominam, że piracki link znajduje się pod poniższym plakatem).
Owiec.

p.s. przepraszam, że nie pisałem tak długo, ale majowe początki sprzyjają raczej radosnemu grzaniu dupska poza domem, niż skrobaniu w internetach. niniejszym nadrabiam :)

Brak komentarzy: