piątek, 30 stycznia 2009

ratujcie swojego bohatera

po raz kolejny do szału doprowadza mnie polska tendencja do promowania "świętych medialnych krów". trzeci raz w ciągu kilku lat mamy sytuację, w której zdrowy rozsądek ustępuje miejsca upośledzonemu patriotyzmowi. trzeci raz media stają wyraźnie po jednej stronie w, delikatnie mówiąc niejednoznacznych sytuacjach - i trzeci raz przysłowiowy chuj normalnego człowieka strzela, bo dochodzi do wniosku, że gdyby jemu przytrafiła się taka historia, to nikt palcem by nie ruszył, co więcej pewnie dostałby po dupie jak mało kto - dla przykładu.

zaczęło się w 2005 roku kiedy ulubienica mediów, nasz kochany złoty motylek, rekordzistka tego i owego dystansu, niejaka Otylia J. brała udział w wypadku, w którym zginął jej brat, a ona w ciężkim stanie trafiła do szpitala. momentalnie ramówki serwisów informacyjnych zapełniły się informacjami prosto z oiomu, każdy przeciętny telewidz, radiosłuchacz czy internetoczytacz był na bieżąco ze stanem zdrowia mistrzyni, były na pewno trzymane kciuki, nerwy, stresy i modlitwy do matki boskiej basenowej oraz św. huberta (który oprócz myśliwych, tokarzy, leśników, matematyków i metalowców, strzelców, kuśnierzy, optyków i rzeźników ma pod patronacką opieką również sportowców). nie byłoby w tym wszakże nic dziwnego, w końcu wybitni sportowcy tak jak naukowcy, artyści czy myśliciele są szczególnym dobrem narodu - i piszę to bez przekąsu, gdyby nie jeden drobny fakt, który umknął uwagi w tej medialnej powodzi wzruszeń, nadziei i dobrych życzeń. ów fakt to informacja JAK doszło do owego wypadku. a doszło do niego z powodu bardzo prozaicznego, więcej - jednego z najczęstszych powodów kraks jak polska duga i szeroka. brawura niedoświadczonego kierowcy, nieprzestrzeganie ograniczenia prędkości, wyprzedzanie szpaleru ciężarówek połączone z nieprawidłową oceną odległości do nadjeżdżającego z naprzeciwka (ale jadącego zgodnie z przepisami) pojazdu. siedząca za kierownicą otylia spanikowała, straciła panowanie nad kierownicą, zjechała do rowu, a stamtąd do szpitala i na cmentarz droga była już prosta. wniosek? brawura początkującego kierowcy i łamanie przepisów doprowadziły do śmierci szymona jędrzejczaka, tak jak w tysiącach przypadków rocznie doprowadzają do śmierci tych czy innych bogu ducha winnych uczestników ruchu drogowego. z jednym małym wyjątkiem - anonimowi sprawcy takich wypadków, jeśli przeżyją są obarczani winą za zaistniałą sytuację, spadają na nich gromy, z każdą kolejną informacją w wiadomościach pojawia sie pan policjant, który nawija do znudzenia o tym jak niebezpieczne jest szarżowanie (bo inaczej tego nazwać nie można) i łamanie przepisów na drodze. w przypadku otylii jednak, nie dość, że obrońcy domagali się uniewinnienia (przy EWIDENTNEJ WINIE kierowcy) to jeszcze media od papierowych do elektronicznych zgodnie wyszukiwały "okoliczności łagodzących" argumentując to farmazonami typu "zginął jej brat, to wystarczająca kara". otóż dla tysięcy sprawców TAKICH SAMYCH wypadków taka kara wystarczającą nie jest, dla złotego motylka - wnioski o uniewinnienie, ewentualnie wymiar kary najniższy (mimo że za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym sprawcy grozi do 8 lat pozbawienia wolności i dożywotnia utrata prawa jazdy) - w końcu przeciętnych kowalskich mamy bez liku, a pływaków na światowym poziomie garstke... sprawa jak wiadomo zakończyła się wyrokiem skazującym, sąd nie okazał się dotknięty medialna zaćmą i karę otylii wymierzył - w niskim, ale jednak, wymiarze, co pozwoliło sądzić, że nazwisko nie zawsze daje w tym kraju mandat na bezkarność.

niesmak niestety pozostał, co więcej w 2008 roku ponownie byliśmy świadkami "festiwalu hipokryzji" gdy maciej zientarski, znany i lubiany dziennikarz motoryzacyjny, współautor niezłego programu 'pasjonaci' oraz kilku reklamówek telewizyjnych przebąkujących coś o bezpieczeństwie na drodze, ROZPIERDOLIŁ w drobny mak samochód marki Ferrari, jadąc warszawską ulicą z prędkością około 150km/h. pan kierowca oczywiście przeżył, o takim szczęściu musiał niestety zapomnieć jego znajomy, również dziennikarz, a tamtego wieczora po prostu pasażer - jarosław zabiega. pan jarosław zginął na miejscu, a pana macieja w stanie krytycznym, ledwo wyciągniętego ze spalonej kupy pomiętego metalu przewieziono na niesławny oiom - i znowu jak w przypadku nr 1 - kciuki, życzenia, delikatne komentarze kolegów dziennikarzy, ZERO refleksji nad zdarzeniem, które było wyjatkowym pokazem głupoty i cynizmu, a przede wszystkim przekonania o własnej wyjątkowości - zientarskiemu wydawało się, że skoro jest sławny, bogaty, znany i lubiany, to może bezkarnie wyciskać na ulicach najbardziej zatłoczonego polskiego miasta siódme poty ze swojego samochodu, narażając na niebezpieczpieczeństwo nie tylko siebie (pal licho) ale przede wszystkim nieświadomych, niewinnych, EWENTUALNYCH uczestników potencjalnego wypadku. co jeśli mijałby ich wtedy fian cinquecento z wracającą do domu po wieczornej zmianie panią wiśniewską, co jeśli przez ulice przechodziłby idący na spotkanie ze znajomymi młody nowak, co jeśli po odbiciu od "muldy" na jezdni samochód przekoziołkowałby w strone chodnika i zwinął ze sobą wracającą z randki parę kowalskiego i dąbrowskiej? co wtedy? czy tłum komentatorów, szukających winnych wszędzie (stan dróg, brak oznaczeń, złe oświetlenie) tylko nie za kierownicą zmieniłby ton? wątpię, zważywszy na to, że nawet trup na siedzeniu pasażera nie miał wpływu na wyjątkowo pobłażliwy i łagodny klimat w jakim wypowiadali się relacjonujący zdarzenie dziennikarze. finał? We wrześniu śledztwo to zostalo zawieszone na czas nieokreślony, ponieważ domniemany sprawca wypadku twierdzi, że niczego nie pamięta. czy beknie za swoja głupotę? kto wie, niemniej jednak to kolejna sytuacją, w której parafraza znanego przysłowia mówiąca, że "znany i bogaty może więcej" sprawdza się aż zbyt jaskrawo.

w obu powyższych przypadkach, mimo, że drastycznych, niejednoznacznych i ciężkich do rzetelnej oceny widać jednak pewną prawidłowość - jeśli jesteś znany, lubiany, osiągasz sukcesy którymi żyje cały kraj, albo po prostu wraz z ojcem prowadzisz ceniony program telewizyjny, wtedy opinia publiczna rozlicza cie jakby łagodniej, szuka argumentów na twoją korzyść, jakichś okoliczności łagodzących, kiedy trzeba pomoże, zmobilizuje się, dla nich zawsze jesteś w kolorze białym. żadnych szarości, żadnych wątpliwości, ewentualne "zdrowe" reakcje i ludzie i tak wyłądują na przeciętnych, ale niestety anonimowych sprawcach takich samych wyskoków. ten bezimienny "statystyczny" ma zawsze pod górkę, bez odpowiedniego nazwiska nie uda mu się wykaraskać z kłopotów, których jest sprawcą.

niestety dzieła to również w drugą stronę - "statystyczny", którego kłopoty dotknęły bez jego winy również ma gorsze rokowania na skuteczne ich rozwiązanie, niż ten "znany". przykładu nie trzeba daleko szukać, jest on może dużo lżejszy gatunkowo, ale w wymowie bardzo podobny - styczeń 2009, polska reprezentacja piłki ręcznej po morderczej, jedynej w swoim rodzaju końcówce wygrywa mecz "o wszystko" z norwegią, a bohaterem, obok świetnego taktyka-trenera, zostaje zdobywca pięknego gola - artur siódmak. król artur - jak zaczynają go nazywać kibice urasta z dnia na dzień do rangi naszego skarbu narodowego, kibice, którzy dzień wcześniej nie wiedzieli, jakie są zasady tego sportu, nie mówiąc już o nazwiskach naszych reprezentantów, dzisiaj używaja nazwiska "siódmak" częściej niż przecinka. okazuje się, jednak, że nasz grajacy na codzień w lidze niemieckiej reprezentant ani myśli o tym, żeby pokornie przyjąć te, niebezpodstawne wyrazy wdzięczności od dumnych krajanów. nie mija kilka dni, a obrotowy reprezentacji wykorzystując szum, który wokół niego powstał, postanawia podzielić się z żadnymi sensacji dziennikarzami takim oto zdaniem: "To niebywałe, że ten sam kraj, dla którego zdobywam medale, teraz chce odebrać mi mieszkanie." brzmi groźnie? oczywiście, w końcu jakim prawem rzeczpospolita polska, państwo prawa (i swego czasu również sprawiedliwości) chce odebrać mieszkanie naszemu adasiowi, temu który wg. notki na wikipedii "zajebał taką bramkę, że się Norwegowie obsrali na miętowo"? toż to skandal, granda, rozbój w biały dzień... - każdy normalny kibic, ale i postronny obserwator zareagowałby w podobny sposób. niestety prawda o tej sytuacji jest zgoła inna - siódmak, tak jak i setka innych "anonimów" wpierdolił się w umowy z deweloperem, który zbankrutował i właściciele nieistniejących mieszkań (za które zapłacili) poczuli się, zupełnie zrozumiale, wychujani na "miętowo". ot kolejny przykład pekania "bański deweloperskiej", załamania rynku nieruchomości i chuj wie jeszcze czego, nie znam się. do tego umowy podobno zostały kulawo ułożone, na hipoteki wszedł bank, w zamieszaniu nagle odnalazł się syndyk, ponad setka ludzi została z ręką w nocniku pełnym kredytowego gówna (cała historia TUTAJ). sytuacja nie do pozazdroszczenia, w końcu pieniądze okazały się niemałe, a zagłębiając się głębiej w całą sprawę widać, że perspektywa ich odzyskania może okazać się baaaardzo odległa, jeśli w ogóle realna. wszystko jednak zostałoby schowane do zakładki "przykre ale się zdarza, zdarzało i zdarzać się niestety będzie" gdyby nie to, że "wśród poszkodowanych przez dewelopera jest też Artur Siódmiak - piłkarz ręczny, zawodnik niemieckiego klubu Nettelstedt Lubbecke, obrotowy polskiej reprezentacji, dwukrotny wicemistrz świata. Na olimpiadzie w Pekinie zajął z kolegami piąte miejsce. A po wtorkowym meczu w Norwegami bohater". tak tak, po raz kolejny opinia publiczna i media stają na głowie i dostają ZAJOBA, bo nasz "skarb" został okrutnie potraktowany przez krwiożerczego dewelopera, przez co wina spada na nas wszystkich, bo polska "chce odebrać mu mieszkanie" - a on dla nas bramki zdobywa, dla naszego kraju, niczym powstaniec warszawski czy żołnierz spod monte cassino. oczywiście wina leży po obu stronach, jest kulawe prawo mieszkaniowe, są ludzie podpisujący umowy z przekonaniem, że w środku nie ma żadnych haczyków, jest w końcu zmienna sytuacja na rynku - wypadkową tych wszystkich czynników jest opisana sytuacja. tyle, że takich sytuacji są setki, moze nawet tysiące, nad takimi sytuacjami media przeszły do porządku dziennego, bohaterowie takich sytuacji są skazani na siebie i wynajętych za swoje pieniądze prawników, którzy dojdą, lub nie, racji swoich klientów przed sądami - za zamknietymi drzwiami, bez błysków fleszy. dodatkowo ci anonimowi poszkodowani to nie są wicemistrzowie świata, grający w piłkę ręczną zagranicą, to często ludzie, którym kredyty zjadają 80% miesięcznych dochodów i tak przez kolejne 30 lat. co z tego? no właśnie NIC, o tych sprawach się nie mówi, nie pisze, nikt nie rozdziera rejtanowskiej koszuli w gmachu sądu, nie ma akcji wysyłania maili "pomóżmy wychujanym przez los i deweloperów". panowie dziennikarze zainteresują się tymi sprawami w przypadkach naprawdę sporadycznych - kiedy ich "bohaterami" będą medialne postaci, na których mozna sprzedać dodatkowe parę egzemplarzy gazety, czy zwiekszyć oglądalność głownego wydania newsów...

po prostu znowu jedne zwierzęta okazują się równiejsze do innych. i gówno możemy z tym zrobić.