sobota, 25 lipca 2009

Filmy, Seriale, Zwiastuny, Zapowiedzi

Czasem człowiek musi, inaczej się udusi. Jurek Stuhr dobrze wiedział co śpiewa, mimo, że nie o śpiewaniu dzisiaj mowa. O mowie też nie, właściwie nie wiem skąd ten cytat...

Ok, już wiem. Miałem kiedyś nawyk wklejania tu na bieżąco wszystkich ciekawych trailerów (dla purystów językowych - "zwiastunów"). Części z tych filmów nie widziałem, część mnie zawiodła, część nie, kilku po obejrzeniu poświęciłem nawet kilka słów na łamach internetu. Nawyk przeszedł, trailery pojawiają się na blogu sporadycznie i bez większej fety. Nie zmienia to faktu, że trailery oglądam wciąż i wciąż, regularnie przynajmniej kilka tygodniowo. Dzięki temu nazbierałem trochę linków, których nie polecałem na bieżąco - ale teraz, nawiązując do wodzirejskiego cytatu, muszę je tu wkleić, bo inaczej się uduszę. Ostrzegam jednak, że to co widzicie w trailerach niekoniecznie daje ten sam efekt przy oglądaniu pełnego metrażu. Zwiastuny mają to do siebie, że prezentują w szybkim i efektownym montażu najlepsze sceny i momenty filmu, który zwiastują (często okazuje się, że to tak naprawdę wszystkie godne uwagi sceny danej produkcji, ale nie o tym tu mowa). To tytułem wstępu, teraz czas na zwiastuny:

Seriale:
1. "V" - najnowsza produkcja ABC. Science-fiction z rozmachem i inwazją obcych w wykonaniu producentów nieodżałowanego 4400, z Juliett z Lost i Agentem Baldwinem ze wspomnianych 4400 w rolach głównych:

2. "Flash Forward" - nazwany "następcą Lost", kolejny S-F ze stajni ABC.W jednym momencie wszyscy ludzie na świecie tracą przyto... zresztą co ja będę opowiadał, od tego jest chyba zwiastun:

3. "Spartacus" - najnowsza produkcja kompletnie mi nieznanej stacji "Starzz". Jak widać po tytule, "Spartacus" opowie historię Spartakusa, którego wszyscy znają, jak nie z historii w szkole, to z filmu z Kirkiem Douglasem w roli głównej. Pierwotnie zaplanowanych jest 13 odcinków, a poniższy zwiastun zapowiada nam widowisko łączące serial Rzym i film 300. Za sterami tej produkcji zasiądzie (albo i już zasiada) sam Sam Raimi, człowiek odpowiedzialny za takie hity jak seria Evil Dead (hit kultowy) czy seria Spider-Man (hit komercyjny). Rated "R":


Filmy:
1. "Alicja w Krainie Czarów" - Tim Burton i Johnny Depp ponownie razem... czy potrzeba jakiejkolwiek innej zachęty?

2."The Book of Eli" - Postapokaliptyczny świat, Denzel Washington, Gary Oldman i aktorka, której imienia i nazwiska zazdrości pewna znana mi osoba - Mila Kunis:

3. "District 9" - kolejne, tym razem pełnometrażowe sci-fi z obcymi w roli głównej. W przeciwieństwie do "V" obcy nie są ładni, nie przybyli nam pomóc, mieszkają w RPA i chcą jak najszybciej opuścić naszą piękną planetę w celu spierdalania w domowe pielesze. Oczywiście gdzieś w tym wszystkim jest haczyk. Jak zwykle:

4. "G.I. Joe" - męskiej części populacji wyjaśniać nie trzeba. Żeńskiej... jeśli trzeba, tzn., że nie warto nawet zaczynać. Się zna albo się nie zna. Simple as that:

5. "Sherlock Holmes" - podobno bliższy książkowemu, awanturniczemu Sherlockowi. Podobno obalający mit dżentelmena, utarty przez brytyjski serial z lat nie-wiem-których. Na pewno Robert Donwey Jr., Jude Law i Guy Ritchie. Polecam:

6. "9" - Ponownie Tim Burton (tu w roli producenta), ponownie postapokaliptyczna tematyka, ponownie znani aktorzy (Elijah Wood, Jennifer Connely), tym razem jednak w mrocznej animacji - o przyszłości i... lalkach. Nie wiesz co o tym myśleć? Sprawdź zwiastun:

7. "The Road" - Raz jeszcze koniec świata, raz jeszcze gwiazdy (Viggo Mortensen, Charlize Theron, Robert Duvall, Guy Pearce) i raz jeszcze "podobno". Podobno w oparciu o świetną książkę (nie czytałem) - a to dobry podkład pod dobry film. Podobno:


Na koniec moja mała perełka, film na który czekam już od zeszłorocznego Comic-Con w San Diego, gdzie wyciekły pierwsze o nim informacje. Oh my god, oh my god, oh my god. Jedna z moich ulubionych produkcji wszech czasów doczekała się sequela. Jeśli zwiastun nie ściemnia, to doczekała się godnego sequela. Zajebistego sequela. Sequela, że ojajebie, nocotygadasz. Tron - Legacy. Bez komcia.


Nie udusiłem się. Uff.

Nowe Fascynacje: Louis Bordeaux

Witam wszystkich w to cudowne, słoneczno-burzowe, wyspane-lub-nie sobotnie popołudnie... Nie mam weny "prologowej", więc od razu przejdę do rzeczy.

Jak pewnie zauważyliście (jeśli śledzicie wpisy z pewną częstotliwością), dość często zaczynam notki, lub konkretne akapity nawiązaniem do jakiegoś cyklu. Oczywiście żaden mój cykl nie zdołał dorobić się jakiejkolwiek regularności, część z nich padła po drodze z wycieńczenia, tudzież zapomnienia. Nowe cykle mają to do siebie, że wspaniale się je zaczyna, gorzej kontynuuje (zawsze jest to jakaś forma nakazu, nawet wewnętrznego), a najgorzej przyznaje do błędu, że znowu się o nich zapomniało, choć minęło już czasu, a czasu. Jedyne "cykle", które udało mi się pociągnąć to "film" i "muzyka". Problem w tym, że nie są to regularne wstawki, nigdy nie wiadomo co się pojawi, nikt z was nie czeka z niecierpliwością na "wtorkowy album tygodnia", czy "piątkowe wieczory filmowe". Jedyne, czego czytelnik może być pewien, to to, że wstawka filmowa będzie zawierała coś, o czym pewnie nie słyszał, a wstawka muzyczna... no cóż, odzwierciedlać będzie moje aktualne fascynacje muzyczne. Dlatego też, postanowilem zrezygnować z nadawania tym notkom znamion cyklu (regularność, nazwa, wspólny mianownik) i przerzucić się na krótkie mini-serie notek (dwóch/trzech), w których dzień po dniu, albo i noc po nocy, będę wrzucał albumy okupujące mojego Winamp'a/Creative Zen'a, niczym kupcy KDT.

Pierwsza mini-seria obejmie trzy albumy, w których posiadanie wszedłem ostatnimi czasy i które rozryły mi czerep wzdłuż i wszerz. Pierwszy już za chwilkę, kolejne dwa... kolejne dwa to niespodzianka, a co. Stać mnie.

Louis Bordeaux. Francuz? Kanadyjczyk? Walon? Bynajmniej. Louis, jak wynika z imienia i nazwiska, to Holender, urodzony w niespełna 100tysięcznym mieście Deventer*. Tyle biografii, bo ani jego oceny z podstawówki was pewnie nie interesują, ani ja nie mam do nich dostępu. Skoczmy więc parę lat do przodu, kiedy Louis jest już na liście płac wytwórni "Appletree Records", która oprócz niego wydaje tak nieznanych mi kompletnie wykonawców jak Hayzee, Dj Lefto, czy Ntjamrosie. Nie ma w tej nieznajomości oczywiście nic złego, w końcu pana Bordeaux również nie znałem do całkiem niedawna. Nieznani artyści mają jedną, zasadniczą zaletę. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ich poznać. To właśnie zamierzam zrobić z kolegami i koleżankami Louisa, tymczasem skupmy się na tym co znane.

"Let's Love Life" - to tytuł debiutanckiego krążka młodego Holendra, który debiutantem na scenie muzycznej bynajmniej nie jest. Chłopak zdążył już wyrobić sobie nazwisko rolą producenta/MC w zespole "Fata Morgana", a także rolą połowy producenckiego tandemu "Javaanse Jongens" (cokolwiek to znaczy). Całe szczęście Louis postanowił, w myśl znanego przysłowia o srokach i ich ogonach, porzucić rapowe wygibasy na mikrofonie na rzecz produkcji muzycznej. Decyzja w każdym calu słuszna, "Let's Love Life" bowiem, to krążek, z którym śmiało można pukać do drzwi ekstraklasy szeroko pojętego "instrumentalnego hip-hopu". Ten bardzo krótki (zaledwie 29 minut), nie dający się słuchaczowi zmęczyć album, to tygielek, w którym Louis miesza klasyczne, rapowe bity, glitch hopową kakofonię, soulowe dźwięki z lat 70tych, samplowane wokale, taneczną sekcję rytmiczną, downtempowe aranżacje i akustyczny chillout przyprawiając to klawiszowymi dźwiękami, prosto spod swoich "samouczkowych" palców. Bordeaux sam zresztą przyznaje się do czerpania inspiracji z tak różnych wykonawców jak J.Dilla, Sa-Ra Creative Partners, Flying Lotus, Madlib, Sexpistols, Spacek, D'Angelo czy Mr. Oizo. Brzmi jak przepis na rozstrój ucha? Pozostając przy metaforyce gastronomicznej - są potrawy, które mimo pozornie gładko dopasowanego połączenia smakują mdło i nudno. Są też dania, których twórca umiejętnie łączy pozornie niepasujące do siebie smaki, tworząc przysłowiowe "niebo w gębie". Jako kuchenny eksperymentator... możecie się domyślić którą opcję polecam.
Smacznego.


*W XVII wieku ośrodek wydobycia i wytopu rud żelaza - żeby nie było, że KTL to tylko przyjemność, bez pożytku.

czwartek, 23 lipca 2009

Roy Ayers @ BBF 2009



na oficjalnie, na krótko, na wspominkowo. Roy Ayers @ Boogie Brain Festival 2009. Pełne, filmowe podsumowanie już wkrótce.

Enjoy!

(jak mawiają inni bloggerzy)

środa, 22 lipca 2009

House of Saddam


Oglądasz seriale? Wkurza cię czekanie na jesienne, nowe sezony twoich ulubionych produkcji? Nie masz co oglądać w sezonie ogórkowym?

A może nie oglądasz seriali? Nie lubisz czekania co tydzień na nędzne 45 minut nowej akcji? Wkurza cię sztucznie nadymana fabuła, ciągnąca się nierzadko przez 24 odcinki?

Jeśli zaliczasz się do jednej z wyżej wymienionych grup, to polecam ci najnowsze dziecko BBC i HBO - czteroodcinkowy serial "House of Saddam". Ta mini seria to fabularny obraz życia jednego z kilku najsłynniejszych dyktatorów współczesnego świata. Rozpoczynający się w trakcie przewrotu, dzięki któremu Hussain został mianowany prezydentem Iraku, "House of Saddam" to czterogodzinna podróż w krainę, rządzącą się prawami prosto z książek Mario Puzo. Mafijne rozumienie lojalności i rodziny, brutalna rozprawa z wrogami rzeczywistymi, potencjalnymi i urojonymi, walki i wpływy w otoczeniu i wreszcie sylwetka samego Ojca Chrzestnego - prezydenta Iraku. Wszystko to umieszczone w centrum wydarzeń historycznych, wojny z Iranem, agresji na Kuwejt, przepychanek z obserwatorami ONZ, czy wreszcie drugiej wojny w Zatoce z czasów George'a W.


Serial jest krótki (to argument dla tych, którzy za serialami nie przepadają), niemniej jednak zachowuje przy tym serialowe "smaczki" (pompatyczne zakończenia odcinków, sprawiające, że chcesz obejrzeć następny, krótki retrospekcje w czołówce), co na pewno spodoba się serialowym maniakom. Historia opowiedziana w filmie jest z pewnością podkoloryzowana, niemniej jednak opiera się w większości na faktach (czegóż innego wymagać od takich stacji jak BBC czy HBO). Obyczajowo - mafijno - wojenna mini seria, którą polecam każdemu.

P.S. Nie mam niestety żadnego piracko-złodziejskiego linku, którym mógłbym was uraczyć. Film jest jednak tak popularny, że zestaw "µTorrent" + "Mininova" + "OpenSubtitles" powinien zadziałać bez problemów.

wtorek, 21 lipca 2009

Boogie Brain - na pohybel

W tym roku nie będzie dokładnej recenzji jak rok temu. W tym roku będą jedynie "shout-out'y", niczym we wkładkach do rapowych płyt.

Shout-out #1 - Dla Roberta Owensa, za świetną zabawę za deckami, tańce i czarujący wokal na koniec.
Shout-out #2 - Dla Inner City Dwellers, za rockowe pierdolnięcie i "Limp Bizkit festiwalu Boogie Brain"
Shout-out#3 - Dla Jurgena "von Jazzanova", za Michaela w środku setu.
Shout-out #4 - Dla Scratch Perverts, za podróż przez wszystkie znane mi gatunki muzyki elektronicznej, plus milion do tej pory mi nieznanych. Za dubstep, za drumy, za bassline'y, za Deadmau5'a, Daft Punk i Justice okraszone dźwiękami ze spiżarni Mr. Oizo.
Shout-out #5 - Dla Prosumera, Murata Tepeli i Elif Bicer, za Compostowe granie i house'owe wokale z najwyższej półeczki.
Shout-out #6 - Dla Dj Storm, za kopiące w dupę drumy, z małym minusem dla Mc Rage'a, za drażnienie publiczności fragmentem z "Pieces", tylko po to, żeby go nie zagrać :)
Shout-out #7 - Dla Cokiego i jego sierżanta Pokes'a, za potężne basy, rozpierdalające amfiteatr w drobny mak, ze szczególnym uwzględnieniem numeru "Night", przy którym moja piękna prawie zabiła się na schodach.
Specjalny Grand Prix Shout-out - Dla Roya Ayersa i jego niesamowitego zespołu, za energię, za popisy na garach, basie i saksofonie, za poczucie humoru, za dialog z publicznością, za urodziny klawi-saksofo-wokalisty, za "Everybody Loves The Sunshine" i za to, że na pohybel malkontentom dali show, a nie przyjechali odbębnić kilku numerów "bo publiczność była za wątła".

Pogoda oczywiście dała dupy niczym kwiat bułgarskiej autostrady przy wjeździe do Płoni, festiwal dorobił się nawet nowej nazwy "Boogie Rain". Nie udało mi się przez to posłuchać paru wykonawców, niemniej jednak to co udało mi się zobaczyć na żywo, zrekompensowało warunki pogodowe w stu procentach. Organizatorom życzę w przyszłym roku odpowiedniej aury i stale rosnącej liczby sprzedanych biletów.

Na pohybel malkontentom.

P.S. Oficjalne podsumowanie festiwalu można zobaczyć na poniższych stronach:
Dzień 1
Dzień 2

poniedziałek, 13 lipca 2009

Przepis

Dziś drogi czytelniku podzielę się z Tobą przepisem na danie "Dzień dobry bardzo". Na wstępie wyjaśnię tylko, że wszelkie podobieństwa z nazwą audycji, nadawanej w tej stacji radiowej, co to Jarosław by się wstydził w niej pracować, są zupełnie przypadkowe.

O poranku postaraj się o dużą porcję dobrej pogody. Dodaj do niej odrobinę wyspania i szczyptę buziaka na przebudzenie. W osobnej miseczce przygotuj smaczne śniadanie i kroplę mobilizującego podekscytowania. Całość zmieszaj i odstaw na chwilę, żeby przeszła smakiem. Kiedy poczujesz, że mieszanka jest już gotowa, dodaj dużą, soczystą porcję rozmowy o pracę, zakończonej sukcesem. Dopraw do smaku darmowym lunchem i spotkaniem z piękną niewiastą. Całość zamarynuj w kinie, w międzyczasie oddając się dowolnym zajęciom. Po upływie dwóch godzin wyjmij potrawę z kina i posyp z wierzchu miłym spacerem i dwoma listkami biletów na Boogie Brain. Gotuj pod przykryciem, od czasu do czasu mówiąc napotkanym znajomym jak jest zajebiście. Pod koniec możesz dodać krótką wizytę i rozmowę u dobrych znajomych. Gotowe danie należy przyozdobić nową parą butów, dostarczoną przez pocztowca do drzwi własnych i podawać bezpośrednio na uśmiechniętą twarz.
Smacznego.

piątek, 10 lipca 2009

Jazzioro Dąbie


Już jutro, o godzinie 23.00, odbędzie się jedyny w swoim rodzaju koncert pod nazwą "Jazz na betonowcu". Impreza ta jest jednym z kilku przedsięwzięć związanych z projektem Boogie Brain. Jak już pisałem, założeniem organizatorów festiwalu jest przede wszystkim promocja wybitnych niekomercyjnych artystów muzycznych, ale także stworzenie pod szyldem "Boogie Brain" całorocznego cyklu imprez, koncertów i różnego rodzaju "eventów" (przepraszam za makaronizm :P), którego zwieńczeniem ma być coroczny, letni festiwal. W ramach cyklu zorganizowano już takie projekty, jak "Chłopcy z Sorrento", "Active Minds", imprezy w Ater Ego "rozgrzewające" publikę Boogie Brain, czy wsparcie medialne dla "Streetball Jam". W planie są między innymi kolejne, związane ze zwierzakami działania Active Minds, oraz dzisiejszy "Jazz". Nie będzie to jednak zwyczajny koncert jazzowy w zadymionym kameralnym klubiku, gdzie słuchacze siedzą przy stolikach popijając winko, popalając fikuśnego papieroska i wsłuchując się w improwizacje. "Jazz na betonowcu" to unikalny na skalę europejską, a może i światową, koncert, który odbędzie się na wraku niemieckiego betonowca "Ulrich Finsterwalder", osadzonego na mieliźnie Jeziora Dąbie.

Jak się tam dostać? Nie jest to proste :) Organizatorzy koncertu, myśląc o fanach muzyki nieposiadających własnych jednostek pływających, wynajęli 5 statków, którymi chętni mogą dopłynąć do miejsca imprezy. Koncert Antoniego Gralaka i Dariusza Makaruka będzie z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych tego roku, dlatego nie dziwi fakt, że wszystkie bilety na wspomniane 5 statków zostały wyprzedane. Podkreśliłem słowo "wszystkie", ponieważ dotknięci szczecinizmem mieszkańcy tego pięknego miasta z reguły z dużą dozą sceptycyzmu obserwują podobne inicjatywy. Okazuje się jednak, że w Szczecinie "da się", "można", "warto", a nawet "trzeba" organizować podobne imprezy kulturalne. Wracając jednak do koncertu i logistyki - ostatnią szansą dla chętnych, którzy nie zaopatrzyli się w bilety jest albo wyprawa na własnym sprzęcie pływającym, albo przeprowadzenie wywiadu w środowisku znajomych w celu ustalenia właściciela takiej jednostki i zmuszenia go do wyprawy na Dąbie. Można też wpław, czego nie polecam, ale w ostateczności takich desperatów zrozumiem. Jakim sposobem byście nie dopłynęli, wrażenia będą na pewno pierwszorzędne. Wszystkich zainteresowanych, ale niezdecydowanych, serdecznie zapraszam. Szczęśliwych posiadaczy biletów przekonywać już nie trzeba.

P.S. Jeśli płyniesz własną łódką, jachtem, motorówką, kajakiem czy katamaranem, dobrze by było, żebyś zapoznał się z i informacją, dotyczącą kwestii technicznych - im więcej spraw załatwionych przed, tym mniej problemów w trakcie i więcej pozytywnych wrażeń po.
Pamiętaj.

czwartek, 9 lipca 2009

Paula i Pan Śmieciuch

Do raka mam stosunek osobisty. Moja mama walczy z tą chorobą od dobrych kilku lat, były chemioterapie, radioterapie, cofnięcia, wznowy, obawy o przerzuty, operacje, peruki, oparzenia, był nawet wywiad do artykułu w Gazecie o różowej opasce, symbolu walki z nowotworem. Jednym słowem mówiąc - było wszystko. Nowotwór mojej Graży został zdiagnozowany jako wyjątkowo złośliwy typ, dzięki temu jednak została włączona w program NFZ'u refundujący kurację herceptyną - lekiem najnowszej generacji, stworzonym do walki z najzłośliwszymi odmianami raka piersi. Koszt miesięcznej kuracji to 8tys. zł. Oczywiście nie udałoby nam się uzbierać podobnej kwoty własnoręcznie - program refundujący spadł z przysłowiowego nieba, a dzięki niemu moja mama żyje i nie jest to zbędny patos. Przy takim rodzaju raka, jaki ją zaatakował, przerzuty i w efekcie zgon byłby tylko kwestią czasu. Całe szczęście herceptyna pojawiła w odpowiednim czasie.

Czemu to piszę? Jakiś czas temu media obiegła informacja o Paulinie Pruskiej, 23letniej dziewczynie, u której zdiagnozowano wyjątkowo rzadko rodzaj nowotworu, którego przypadki w Polsce są tak sporadyczne, że nie ma możliwości leczenia go w naszym kraju. Nie dlatego, że nasza medycyna stoi na niskim poziomie (wystarczy wspomnieć wyczyny naszych kardiologów i transplantologów). Problem jest inny - po prostu nie ma lekarzy, którzy mieliby jakiekolwiek doświadczenie praktyczne w tej materii. Jedyną nadzieją dla dziewczyny jest kuracja w Bostońskim Mass General Hospital, gdzie lekarze dają szanse na pozbycie się "śmieciucha", jak Paulina nazywa swojego raka. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wszystko rozbija się o pieniądze, w tym przypadku ZAJEBIŚCIE DUŻE pieniądze.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkich łańcuszków zachęcających do pomocy ofiarom wszelkich klęsk i nieszczęść tego świata, w tym jednak wypadku czuje jakiś wewnętrzny przymus przekazania tej informacji. Zdaję sobie sprawę, że przypadków beznadziejnych, w których pieniądze są potrzebne, jest tysiąc pięćset sto dziewięćset. Tu jednak zadziałała prywata i osobiste doświadczenia. Wiem, że gdyby nie pomoc z zewnątrz, moja mama na pewno dzisiaj nie zamęczałaby mnie telefonami z przypomnieniem, że trzeba iść do urzędu i na kosza, bo gruby jestem, nie chodziłbym do niej na obiady, na których przeprasza, że nie ma obiecanych naleśników ale zdążyła zrobić tylko tego kurczaka w rękawie, nie pomagałbym jej w zakupach w Lidlu i nie przekonywał do zapuszczenia włosów, bo w końcu ile można nosić krótkie, mimo, że wyglądają fajnie, ale dłuższe by wyglądały lepiej. Wiem to, bo lekarze są w swojej opinii zgodni - herceptyna ratuje życie kobiet z rakiem piersi. Kropka.

Dlatego właśnie zdecydowałem się na notkę o Paulinie. To podobna sytuacja, tyle że żaden NFZ nie ma programu refundującego wyjazd, leczenie i rehabilitację w Bostonie dla jednej osoby. Stąd apel, a w zasadzie prośba (apel brzmi jakoś zbyt patetycznie) - pomóż chociaż przysłowiowym złotówkiem. Wszelką potrzebną informację uzyskasz na blogu Pauliny pod tym adresem - www.paulapruska.blogspot.com. Jeśli zaś nie chcesz, nie lubisz, nie masz czasu, wolisz inne sposoby pomagania, nie pomagasz w ogóle, czy nie interesuje cie temat i czekasz, aż napiszę jakąś śmieszną pierdołę, albo wrzucę film czy muzykę do ściągnięcia, to... trudno :)

Nie traktuj tego, jak kolejnego internetowego łańcuszka, wymuszającego współczucie i wyciskającego łzy z oczu i złotówki z portfela. To zwykła informacja, opatrzona nieco osobistą notką. I tyle. W "Post Scriptum" będzie luźniej i weselej.

P.S. Skoro już w tym "P.S." jesteśmy to się pochwalę się (bądź, co bądź, jutro minie tydzień od wizyty u Wolfa, a ja kitram informację w zanadrzu). Moje nowe "naruszenie ciągłości skóry" (cytat z mojej Mamy). Enjoy.

wtorek, 7 lipca 2009

Streetball Challenge Vestas 2009


Dzisiaj notka nieco promocyjno-reklamowa. Już w sobotę, 11 Lipca, rusza jeden z największych turniejów streetballowych w Polsce - Streetball Challenge Vestas 2009. Trzyosobowe drużyny będą ze sobą rywalizowały w dwóch kategoriach - "open" i "do lat 18". Kwota wpisowego, to 30 PLN od zespołu, szczegóły rejestracji - TUTAJ.

Sobotni turniej będzie pierwszym z pięciu, połączonych formułą Grand Prix - zespoły zbierają punkty we wszystkich turniejach walcząc o główną nagrody. Pula nagród rzeczowych przekroczyła 40 000 PLN, więc jest o co powalczyć. Dodatkową zachętą niech będzie planowany przyjazd takich gwiazd jak Marcin Gortat czy nasz szczeciński Szymon Szewczyk.

Początek zabawy przypada na godzinę 9.00. Po wstępnej weryfikacji uczestników, nastąpi rozpoczęci rozgrywek, które trwać będą cały dzień. Miejsce rozgrywek to boiska Zespołu Szkół Sportowych w Szczecinie przy ul. Małopolskiej 22. W razie niefortunnej interwencji pogodowej (czyt. deszczu, gradu, mrozu, milionów monet), zmagania koszykarskie przeniosą się na halę Szczecińskiego Domu Sportu przy ul. Wąskiej 16.

Daty pozostałych turniejów będą znane już wkrótce, są one bowiem uzależnione od gości specjalnych. Wszystkie niezbędne informacje dotyczące turnieju znajdują się na stronie www.ulicebasketu.pl.

Powyższe akapity powstały na podstawie oficjalnych informacji, dostarczonych przez organizatorów. Od siebie dodam, że serdecznie zapraszam na turniej nie tylko koszykarzy, ale też wszystkich, zainteresowanych sportem Szczecinian. To odważna i wartościowa inwestycja, promująca nasz region w kontekście otwartości na sport. "Szczecin miastem mistrzów" - to hasło już znamy. Czas na slogan "Szczecin miastem basketu". Do zobaczenia na "Vestasie".

Owiec.

P.s. Zaplanowana na dzisiaj, gotowa i ładnie opakowana notka, z przyczyn zewnętrznych ukaże się na dniach. Gwoli ścisłości.
:)