poniedziałek, 15 lutego 2010

life's good

To jeszcze ja - Owiec, bo w zeszłym tygodniu nie pisałem, bo byłem chory. Mam zwolnienie. Na smutno dzisiaj zacznę, bo na smutno zaczął się dzisiejszy dzień. Większość z Was na pewno rozpoznała nawiązanie z pierwszego zdania niniejszego akapitu i wie skąd to "na smutno". Tym, którym żaden dzwoneczek nie zadzwonił donoszę - wczoraj zmarł Jerzy Turek, odtwórca kultowej roli Jarząbka w polskiej komedii wszech czasów, czyli "Misiu". Smutek, jak to mawia moje Ciastko, zagościł. Nie ukrywam, że nie jestem wybitnym kinomanem, na palcach jednej ręki mógłbym policzyć role pana Jerzego które znam, niemniej jednak nawet, jeśli rola trenera 2 klasy byłaby jedyna w jego dorobku, to i tak zapisałby się złotymi klatkami w historii kina polskiego. Nie ma chyba w Polsce człowieka, który nie znałby piosenki "Łubu dubu", nawet, jeśli nie bardzo może wskazać miejsce jej pochodzenia. Jarząbek śmieszył, Jarząbek bawił, Jarząbek inspirował - i chociażby za tę kreację panu Turkowi na zawsze szacunek. Przynajmniej ode mnie, ale wiem, że nie tylko. Od tego pana Adama z klipu poniżej na pewno też:


Zaczęło się na smutno, a szkoda, bo na smutno się zacząć nie miało. Czemu? A temu, że humor od jakiegoś tygodnia mam wybitnie wybitny i zajebiście zajebisty, czyli po prostu wyśmienity i tyle. Chronologicznie: W poprzednią środę dowiedziałem się, że nie przenoszę się na Skanię, zostaję na Polonii, bo tak i już (innym tłumaczeniem mnie żaden z przełożonych nie obdarował, więc takie przyjąłem do wiadomości). Notka poprzednia jest zatem nieaktualna i o kant przysłowiowej dupy można ją sobie wedle uznania rozbić. To dobra wiadomość, bo czego by nie mówić, do Polonii się przyzwyczaiłem i smutno byłoby opuszczać tych zaprzyjaźnionych już ziombli. Środa była więc udana niezmiernie (o "Avatarze" w gdańskim multikinie nie wspomnę bo nie ma o czym, ot fajerwerk na ekranie, fajny ale bez szału). Czwartek... czwartek był, ale jakby go nie było; to jeden z tych dni, których nie chcesz pamiętać i które wymazujesz z kalendarza pozostawiając tam białą dziurę (chyba, że kalendarz ma inny kolor). Zainteresowanie o czwartkowych ekscesach wiedzą, reszta wiedzieć chyba nie musi - wystarczy powiedzieć, że kolejka górską, którą jechałem do rana szczęśliwie dojechała do stacji "Piątek". Po piątku za to, jak to kiedyś ktoś mądrze ustalił, przyszła sobota, a wraz z nią narciarski wyjazd do Szpindlerowego Młyna. W skrócie - narty, upadki, zupa czosnkowa, smażony ser, Gambrinus, Pilsner, Becherovka, kruchy, filmy, jacuzzi, łóżkowe wygibasy, Bogner, kitajce, skróty, śnieg, w wolnych chwilach jazz i Reeboki z flagą - kszystko, tszystko. Tego mi było trzeba, tego nam było trzeba, to było to i to najważniejsze. Tydzień odpoczynku, przeczyszczenia głowy, nabrania odpowiedniego dystansu i rozpoczęcia na nowo paru zagubionych przez ostatnie półrocze wątków. Zdecydowanie najlepsze 7 dni od dawien dawna. Ale czy to wszystko? Bynajmniej moi drodzy, bynajmniej. Po powrocie dnia 13.02, odespaniu i nabraniu sił... tak wiem, że w nocy z soboty na niedziele spałem 4 godziny, wstydzę się tego i posypuję głowę popiołem - nie powinienem zarywać nocy dla tego konkursu wsadów, powiem więcej - po obejrzeniu tego "spektaklu" doszedłem do wniosku, że wolałbym leżeć nago w wannie pełnej zjełczałego budyniu z selerem i brukselkami czytając Alchemika wspak, niż znowu obejrzeć ten pokaz nędzy i rozpaczy. Brrrr. Wracając jednak do meritum - dzień 14 bieżącego miesiąca, który z wesołością pożegnaliśmy wczoraj, okazał się godnym następcą mijającego tygodnia. Nie dość, że z walentynkowej definicji wszędzie czaiły się pozytywne wibracje, to jeszcze co chwila spadała na mnie bomba dobrych, lepszych i najlepszych informacji. Najpierw Mateusz poprosił Annę, żeby Anna zechciała z Mateuszem już tak na serio być na zawsze razem, a ta Anna, wyobraźcie sobie powiedziała, że owszem, ona chętnie i że się zgadza. W skrócie - Akordeon się Lokalnej oświadczył normalnie. Taki news. Potem chwila ciszy i kolejne info znalezione w niedzielę w czeluściach internetu - dnia 5 Marca w Berlinie imprezę gra niejaki Flying Lotus. Czemu o tym piszę, skoro wiadomo, że nie jaram się jakoś specjalnie jego twórczością? Ano dlatego, że jara się nią (twórczością) Ewa i jechać na jego koncert bardzo chce. No dobrze, powiecie, ale co w tym jest takiego podniecającego dla mnie? Otóż 10 minut po informacji o FlyLo wykopałem z Last.fm następującego newsa - dnia 6 Marca, czyli dzień po piątym, we wspomnianym Berlinie imprezę zagra nie kto inny, jak tylko mój absolutny faworyt ostatnich miesięcy, artysta, którego kolejne kawałki czy remixy powodują u mnie puls 220 i ciary i na którego album czekam jak na żadne inne wydawnictwo w tym roku - Rusko we własnej osobie! (tu proszę o chwilę przerwy, idę do łazienki w celach masturbacyjnych, zaraz wracam). Rusko, kurwa mać, ja pierdolę, Rusko, Rusko, Rusko w Berlinie, moje imprezowe marzenie ziszczone, co więcej ziszczone w połączeniu z imprezowym marzeniem mojej konkubiny. How fucking cool is that? HOW? Nie ukrywam, że plan dotyczący pierwszego marcowego weekendu rozjebał mnie na kompletne kawałeczki i uczynił dzień 14.02.2010 dniem Cominutowego Orgazmu. Uzbrojony w dobry humor i endorfinę płynącą ciurkiem w żyłach ogarnąłem nieco pokój i o godzinie 20 przyjąłem na wieczorku posiadówkowym Ciastko, Haukę, Akordeona i Lokalną, co by postawić kropkę nad i. Little did I know, w sensie skąd kurwa mogłem się spodziewać, że wyborne towarzystwo i Absynt nie będzie gwoździem programu. Bo jak i w sumie mogło być, skoro nieco po 23 dostałem smsa od Kisia mojego kochanego z informacją, że... tak, tak zgadliście, że oświadczył się skubaniec swojej Dorocie, a ona przyjęła i "tak" powiedziała. Między nami mówiąc, nie miała większego wyboru - nie dość, że Kiś, to zaraz po mnie najlepszy kawaler po tej stronie Wisły, przystojniacha, żartowniś i typ, którego ze świecą w stogu siana szukać, to jeszcze oświadczył się był na SCENIE po zakończonym występie Doroty w musicalu "Rent". Przy ludziach. Na scenie. Podszedł. Uklęknął. Zapytał. Wow. Słysząc tę historię, patrząc na moich wcześniej-dopiero-co narzeczonych Anię i Mateusza, na kochanego Haukę i wreszcie na moja piękną Ciasteczkową-znów-brunetkę doszedłem do wniosku, że życie jest dobre. Chuj z tym, że potrafi ci nasrać w najmniej odpowiednim momencie w jeszcze mniej odpowiednie miejsce. Ważne jest to, że jak może, to potrafi zaatakować milionem pozytywnych pocisków i rozpieprzyć na kawałeczki każdą przejebaną akcję, w której przyszło ci uczestniczyć. Mówię wam, life's good. W rzeczy samej.

A na spóźnione Walentynki - Lovestep. Kompilacja lekkich dubstepów zmiksowana z myślą o wczoraj. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby posłuchać jej i dzisiaj, albo nawet jutro zaskoczyć tym setem swoje głośniki. Link, jak najbardziej legalny, dostępny po kliknięciu w poniższą tracklistę. Miłego odsłuchu :)

wtorek, 2 lutego 2010

ścieżka kariery - aktualizacja

Z "tu":
do "tu":
O co chodzi? Niczym przysłowiowy stryjek zamienił Owczyk Polonię na Skanię. Przesunięcie poziome, zarządzone odgórnie, w życie dnia 18 lutego wchodzące. Just to let y'all know, że się angielszczyzną nie do końca gramatyczną pochwalę.
A teraz trzymajcie za mnie kciuki, żebym nie wyleciał z łóżka, próby przechyłowe w Stoczni Gdańskiej czas zacząć. Do zobaczenia na lądzie.

środa, 27 stycznia 2010

z okazji niewielkiej dosłownie, ale gigantycznej w przenośni

Zacznę od tego, że nie wiem jak zacząć. Taka forma zaczynania ma swoje plusy - chcąc, nie chcąc zaczynam, mimo że nie wiem jak to zrobić. Wystarczy nieco kokieterii zmieszane ze szczyptą tajemniczości i oto przed Waszymi oczami ukazuje się wstęp, którego miało nie być, w sensie miał być, tylko do teraz nie wiedziałem jaki. Klasyczny przerost formy nad treścią, pustosłowie i wodolejstwo, z którego jestem znany już od szkoły średniej, gdzie "mogłem być celujący" a byłem tylko "dobry plus". Ważne jednak, że do notki się zabrałem, bo powód jest, jest ważny, jest z okazji i z dedykacją. Dzisiaj bowiem urodziny swoje dwudzieste piąte obchodzi bardzo ważny dla mnie ktoś. Jak wiadomo urodziny dwudzieste piąte (czyli tzw. ćwiartkę) obchodzi się, w przeciwieństwie np. do kobiecych urodzin osiemnastych, tylko raz w życiu. Z następnych ważnych jubileuszów są już tylko pełne "-dziestki", które obok wesołości, przypisanej na stałe do faktu obejścia rocznicy urodzin, przynoszą sporo rozkmin z gatunku "jak to wszystko szybko minęło, o ja pierdolę". Dwudziestkapiątka za to (wiem, bo przeszedłem) jest w zasadzie ostatnią młodą rocznicą, takim symbolicznym, kalendarzowym zakończeniem epoki siuśmajtka. Dwudziestopięciolatek nie powinien już upijać się do wyrzygania, chodzić na imprezy z 20złotowym banknotem w kieszeni, kończyć po minucie, zapuszczać fikuśnego warkoczyka za uchem, czy śmiać z dowcipów z "Włatców Móch". Powinien za to posiadać przynajmniej dwie pary butów, znać i używać tak niepopularne słowa jak "owszem, kuriozum, zgoła i kotylion", częściej dzwonić niż esemesować, umieć rozpoznać sztuczne cycki na pierwszy rzut oka, dopasować krawat do koszuli (ewentualnie skarpety do mokasynów) i znać różnicę między DVDRip a TS-Cam. Są to oczywiście tylko założenia, w końcu dwudzieste piąte urodziny to tylko kalendarzowa cezura - a jak z kalendarzowymi cezurami bywa najlepiej pokazują przykłady pór roku i opadów śniegu w Maju (cezura -kolejne trudne słowo, które warto znać). Podsumowując - Haueczko, Bartku, Carlo mój kochany - z całego serca i z głębi kuny (tej metaforycznej), z miłością braterską od Maxi-You do Mini-Me przesyłaną - życzę Ci ja tylu rzeczy, że nawet sam nie wiesz, że można tyle rzeczy chcieć mieć. Zawsze najlepszych ludzi wkoło, zawsze uśmiechniętej mordy wśród rudych kłaków, zawsze dobrej muzyki w uchu, zawsze zacnej grafiki przed okiem, więcej tego co wiesz-już-sam-najlepiej, mniej stresów, ciśnień i innych męczących przypadłości. Życzę Ci wreszcie rozwoju, czasu na pracę dla siebie, wyjścia zza drukarki i pokazania im wszystkim (tym "onym"), że masz się czym pochwalić. To wszystko z odległości, na żywo dostaniesz całusa w beret i profesjonalną przytulkę. Tymczasem celebruj to święto, skuj się fajnie w Szmacie, pierdol konwenanse i zahulaj snadnie. Twoje zdrowie!

sobota, 16 stycznia 2010

dark stripes of the force



Nowa kolekcja Adidasa, inspirowana, a jakże, Gwiezdnymi Wojnami. Jeśli akurat wpadłeś na pomysł, żeby zrobić mi bezokazyjny prezent to Skywalkery z fotki poniżej będą więcej niż odpowiednie. Z góry dziękuję.

piątek, 15 stycznia 2010

pretensjonalny tytuł z liczbą 2010, bo nowy rok w końcu.

W nawiedzonym domu mieszkam! No shit! Tosty z dżemem (jagodowym!) w liczbie "1" giną mi podczas poranno-przedpołudniowego gnicia przy kompie, płytki z oprogramowaniem do mojej Nokii-nówka-funkiel-nieśmigana znaleźć nie mogę, chociaż w pudełku jest i to i tamto i generalnie wszystko. Karta do bankomatu, również nówka (na chuj mi ją przysłali to nie wiem... czekaj, nie mogę wypłacić pieniędzy z bankomatu, bo moja karta jest nieaktualna? to już wiem po co mi przysłali...) zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, co prawdopodobnie zaowocuje specjalnym odcinkiem "Cold Case" z udziałem Malanowskiego, partnerów i detektywów z W-11 i C-3PO. No ginie mi kurwa to i tamto, diabeł kuną nakrył i nawet jak krzyczę, że pobite gary to nic nie wychodzi na wierzch i nie mówi "tu byłem, ty ślepy papudraku". Jedyne co w tym burdelu znalazłem to chęć do pisania i motywacja do poruszania się na baskecie po pięciomiesięcznej przerwie. Niestety, a może na szczęście, to akurat było schowane pod łysiną, więc nawet nie było szukania, schyliłem się, podniosłem i jest. Za to dom? Nożeszkurwatwojamać! Nie ma, nie widzę, gdzie, co ja robiłem wtedy, wrócić do kuchni, nie, bez sensu, tu szukałem, a pod tamtą stertą, o kurwa, "spożyć przed 1992", yyyy, to może w łazience, nie no, tost w łazience? I tak do usrania no. Jeśli ktoś ma na to dobrą radę, to czekam. Jednocześnie informuję, że sugestie typu "sprzątaj po sobie", albo "odkładaj na miejsce" będę nagradzał soczystym liściem.

To tytułem wstępu, bo każde wypracowanie powinno takowy, wraz z rozwinięciem i zakończeniem, mieć. Piątki same dostawałem w liceum z prac klasowych, maturę na piątkę również zdałem, więc wiem i się nie kłóć, szczególnie jak zdawałeś/aś nową maturę, bo ja pierdolę, co to za matura z kluczem, apffffffff :) Tytułem rozwinięcia za to, chciałbym wam wszystkim, którzy chłoniecie to co wypocę nad lapsem, pożyczyć tego i owego. A więc, po pierwsze życzę wam, żebyście nigdy nie zaczynali zdań od "a więc", bo tak nie wolno. Poza tym nie mieszajcie formy biernika (kogo? co?) z dopełniaczem (kogo? czego?) bo to irytuje niektórych kierowców tirów, szczególnie w drodze do Ystad (real story). Do tego życzę wam, żeby Almette z bazylią pozostał już z nami na stałe, a nie tylko w charakterze "limitowanej serii", a także żeby nie zamarzały wam akumulatory w samochodach, skoro nie wiecie co to jest prostownik, chociaż nawet mama waszej dziewczyny wie, ale i tak nie macie zimówek, więc naładujecie jak się ociepli nieco. Życzę wam pracy, która (poza hajsem) daje wam satysfakcję, a jeśli nie, to takiej w której nie musicie się codziennie bić z myślami w stylu "co ty tutaj robisz, uuuuu", gdzie nie obcujecie z debilami, podpierdalaczami, dwulicowymi kurwikłakami i fagasami "na stanowisku", z samooceną na poziomie żartów dowolnego polskiego kabaretu. Życzę wam wreszcie tego hajsu z nawiasu parę linijek wyżej. Dużo. Autentycznie dużo, kurwa, hajsu wam życzę. Bzdurę "pieniądze szczęścia nie dają" wymyślił na pewno jakiś kasiasty tłuścioch nudząc się w swojej posiadłości na chuj-wie-czym-ale-pół-bańki-za-metr-kwadratowy. Jeśli masz pińset zer na koncie i narzekasz na swoje życie, to znaczy, że nie zasługujesz nawet na jeden banknocik z tej fortuny. Ja wiem doskonale, co robiłbym z niesmacznie wielkimi sumami pieniędzy i jak daleko od "szczęścia nie dają" bym się znajdował. Tak więc dużo pieniędzy, siana, hajsu, pengi, floty - jakkolwiek to nazwiesz - tego ci życzę. Bo zera na koncie ułatwiają życie, a to masz tylko jedno, od wyjścia z cipki do przysypania piachem - nieważne co wikary, rabin, mułła czy hare-guru będą ci wmawiać. Będąc już zupełnie poważnym, to zdrowiem się cieszcie, bo nawet jak nic nie boli, to cholera wie, czy nie nie zakażą hulać z powodu "no wie pan, wyniki, bla bla". Także dbajcie o siebie (ta, jasne), o wątroby, płuca, bebechy i kondycję, nie zadyszajcie się na schodach, uprawiajcie sporty, szczególnie te które kochacie, znajdźcie na nie czas, bo młodsi już nie będziecie, a co za tym idzie macie z każdym dniem o 0,0003 dżula na nanometr sześcienny ciała mniej energii (źródeł nie mam i co mi pan zrobi?). No i kochajcie się, szanujcie, rozmawiajcie, dajcie oddychać, nie róbcie na złość, wyjaśniajcie, miło zaskakujcie, poświęcajcie, dostrzegajcie, czasem odpuśćcie, no i bądźcie tam, gdzie macie być, wtedy kiedy tam być powinniście. Ok? Ode mnie to w zasadzie wszystko; czy bardziej dla was, czy raczej dla mnie te życzenia - nie wiem, ale gdyby się pospełniały, to 2010 przeszedłby do historii jak "quite a perfect year". No i tego wam i sobie w zasadzie życzę jednym słowem. Całkiem idealnych 365 dni.

P.S. O muzyce byłbym zapomniał, chociaż w sumie nie zapomniałbym, bo pamiętałem, tylko nie chciałem już jej między almette i hajs wciskać, więc post scriptum umieszczam. DOBREJ muzyki, tej na cedeczkach, winylach, empetrójkach, ale tez tej w telewizorze, radioodbiorniku, czy koncertowej i festiwalowej scenie. Żeby premiery roku '10 spełniły wasze oczekiwania, a nowości, które odkryjecie dokumentnie rozpizdrzały wam uszy. Jako, że nie słucham ostatnimi czasy żadnych "pełnych" albumów, to dzisiaj nie uraczę was żadnym pirackim linkiem z żadną muzyczną zawartością. Polecę za to parę tytułów, (wraz z linkami do YouTube), które z odrobiną cierpliwości, za pomocą pana Google można odszukać w wersji "download":

Bar 9 - Shaolin Style (Nero Remix)
Basement Jaxx - Feelings Gone (Rusko's Stadium Rock Remix)
Blackfinger - UMF (SUPRA1 Remix)
Booty Luv - Say It (Nero Remix)
Boy Crisis - Dressed to Digress (Nero Remix)
Chase & Status - Running
Deadmau5 - Ghosts 'N' Stuff (Nero Remix)
Ellie Goulding - Starry Eyed (Jakwob Remix)
Ellie Goulding - Under The Sheets (Jakwob Remix)
HK 119 - C'est La Vie (Rusko Masher)
KillA Kela - Everyday (Jakwob Remix)
La Roux – Bulletproof (Foamo Dubstep Remix)
La Roux - Im Not Your Toy (Nero Remix)
Little Boots - Remedy (Rusko Remix)
Rusko - Da Cali Anthem
Rusko - How Low Can U Go (feat. Chali 2na)
Subscape - Nothing's Wrong
The Streets - In the Middle (Nero Remix)
The Streets - Trust Me

Alfabetycznie, tłusto, subiektywnie - dzielę się z wami tym, z czym na głośnikach wchodzę w nowy rok. Enjoy.