sobota, 27 września 2008

filmy i seriale i filmy i tez seriale

tytul sugeruje i dobrze sugeruje, ze dzisiaj bedzie serialowo, czyli filmowo. lubie kinematografie a takze telematografie oraz kompumatografie, w sensie wszelkie przejawy fabularnosci wizualnej do odbioru za posrednictwem ekranu. dlatego tez w ten sobotni poranek a wlasciwie popoludnie postanowilem podzielic sie z wami, oraz z goscmi ktorzy nie wiedza kim jestem i po co ta strona, moimi ostatnimi serialowymi odkryciami. a są to Fringe i True Blood.
tytulem wstepu - kazdy serial ktorym sie do tej pory zajaralem mial jedna ceche - pilot rozpierdalał mnie w fotelu/na kanapie w drobny mak. tak bylo z Lost, tak bylo z Heroes, Prison Break (ktory juz zarzucilem, jedno wiezienie z ktorego wentworth 'nigdy nie gralem w stancji 2" miller spierdala za pomocą google maps wyrysowanych na klacie wystarczy) oraz paroma innymi produkcjami w ktorych trakcie jestem (Dexter, Rzym). fringe i true blood jednak mnie po pilotach nie porwaly. nie zrozumcie mnie zle - to byly bardzo dobre odcinki, zapowiadajace ciekawe (to tak jak o szmuli mowic per. "miła") sezony. niemniej jednak czegos tam zawsze brakowalo, momentu w ktorym zatrzymujesz emisje na kompie i idziesz do lazienki bo sie wlasnie zsikales z wrazenia i trzeba sie przeszorowac. niemniej jednak jestem cierpliwy (taaa) i dalem im druga szanse. warto bylo? MOWA!

fringe ma wszelkie zadatki (uwaga, obrazoburcze stwierdzenia) zostac godnym nastepca Archiwum X, co przy pokreconym umysle tworcy JJ Abramsa (Lost, Cloverfield) nie bedzie zbyt trudne, tym bardziej ze fabula juz kreci sie jak wlosy na cipce murzynki. smaczku (kinofanom) doda fakt, ze to juz drugi serial Abramsa w ktorym jedna z glownych rol gra aktor znany z trylogii Wladcy Pierscieni - w Lost byl to Charlie (hobbit Merry) a w (czy we? jak sie pisze) Fringe role pokreconego naukowca prosto ze szpitala dla czubkow, dra Bishopa gra gosc sam rownie pokrecony namiestnik Gondoru - Denetor.

true blood nie ma natomiast aspiracji zeby stac sie nastepca czegokolwiek. serial o wampirach ktore dzieki wynalezionej w japonii syntetycznej krwii nie musza juz sie ukrywac i moga wyjsc z ukrycia, zalozyc partie polityczna i domagac sie rownych praw? fabula osadzona na dusznych amerykanskim poludniu pelnym rednecków, bagien, spelunkowatych barów i domow z czasow wojny secesyjnej? slyszeliscie o czyms takim? bo ja nie - mowi sie wprawdzie ze to nowe twin peaks, podobna ciemna atmosfera, tajemniczosc, kameralne ujecia, zadnego rozmachu, doprawione typowym poludniowym niedbalym akcentem - klimat klimat i jeszcze raz klimat - az mam czasem ochote zamknac okno zeby mi jakis bagienny wampir nie wpadl na przekąskę.
czym bylby jednak dobry serial bez smaczku :) tutaj jest nim postac niejakiego lafayette'a - czarnoskorego kucharza-geja-dilera ktory w kazdym odcinku kradnie całe show swoją gestykulacją, tekstami, sposobem mowienia i trescia tegoż. doszlo do tego, ze kiedy ogladalem scene w ktorej... nie bede mowil co kazal komu robic... kiedy ogladalem pewna scene i z glosnikow polecial skoczny taneczny numer postanowilem od razu poszukac go w sieci. oto co znalazlem (z dedykacją dla spiewajacego fryzjera ze stancji wawa - marcin jak bede to przyjde na herbe :P)
ostrzegam wrazliwcow ktorzy wychodzili z brokeback mountain a na widok george michaela ochlapuja sie wodą swiecona - to nie dla was :) dla reszty z dystansem, a przede wszytkim fanów true blood - jak najbardziej :P
Jonny McGovern - Soccer Practice


to tyle jesli chodzi o dział "owca poleca". teraz minutka sekundka na dział "owca wspomina".
siedza dwa downy w pokoju nagle zgaslo swiatlo
-to chyba korki
-to ja pojde otworzyc.
znacie? to NA PEWNO pamietacie:

otoz dzieki serwisowi popcorner.pl mozna bylo ostatnio zerknac co slychac u rodziny thatcherów. "down the memory lane", wzruszylem sie nieziemsko, bo to byly czasy keidys sie z cala rodzina siadalo w pokoju wieczorem w okolicach 18 i ogladalo kolejny odcinek serialu, czy to dzien za dniem, czy cudowne lata, czy dynastia, czy potem mcgyver - nie bylo sciagania sezonow z netu i sleczenia po 10h zeby obejrzec pol sezonu za jednym zamachem. tamte seanse mialy swoj klimat, to byly NAPRAWDE filmy familijne, nie bylo tam rudych czikulinek, historii blond sluzacych wspolnika lubicza czy dylematow moralnych kasi cichopek-hakiel-mroczek-muchy... oto LINK to artykulu - jakos przy okazji mojego zblizajacego sie jubileuszu urodzinowego zebralo mi sie na wspominki, wybaczcie :)

a ze filmowo sie zaczelo to i filmowo sie skonczy - mam dla was dwa trailery do niewatpliwych hitow nadchodzacych meisiecy:
max payne - nowy trailer polaczony z komiksowymi kadrami z intro do gry (albo z samej gry rowniez, nie do konca wszystkie jestem w stanie zidentyfikowac). mam nadzieje ze tego nie spierdolą, bo zwiastuny sa bardzo obiecujace, a pamietajac ile godzin spedzilem w ciemnym pokoju ze sluchawkami na uszach szukajac z pomocą Maxa zrodla "V" mam nadzieje na przynajmniej 1.5h takich emocji w kinie... (i nie kurwa "TAKICH" emocji, nie o to chodzilo z tym ciemnym pokojem.... ehhh zboczency :P)


drugi trailer to klasyczne "wiecej i lepiej" czyli nowy zwiastun filmu 'curious case of benjamin button" w ktorym brad pitt rodzi sie stary po to zeby cale zycie mlodniec nam w oczach.


i to wszystko na dzisiaj, zycze milego poranka/dnia/wieczora/nocy i do uslyszenia

p.s. jesli macie pomysl ktory zrewolucjonizuje swiat i uwazacie ze zainteresujecie nim miliony internautow na swiecie - google zaplaci 10 milionow dolarow za jego realizacje:

www.project10to100.com

czwartek, 25 września 2008

na rozluznienie

wczoraj bylo na powaznie, dzisiaj na rozluznienie bedzie na mniej powaznie :)

najpier dwie płytki, w których posiadanie wszedłem byłem wczoraj:

1. Kidz in the Hall - In the Crowd - drugi album amerykanskiego rapowego duetu, ktory w 2007 roku zaslynal numerem "work to do", który, jak mówi pan internet, "exploded across the internet it quickly became endorsed by Obama's campaign". a na plycie tacy goscie jak Masta Ace, Buckshot, Estelle, Sean Price, Travis McCoy z Gym Class Heroes czy Pusha T z The Clipse.

plyte promuje numer "love hangover" z goscinnym wystepem wspomnianej Estelle :)


2. Amp Fiddler - Rare & Unreleased - mniej oficjalne wydawnictwo, skladanka numerów Ampa, ktore nie ukazaly sie na zadnej z jego 2 solowych plyt i, jak mowi legenda "nie ujrzaly swiatla dziennego" chociaz pewnie mozna bylo je sciagnac z netu, niemniej jednak trzeba sie bylo troche namęczyc, a tu mamy wszystko ladnie podane na jednym talerzu w sosie wlasnym.
zatem byly klawiszowiec Jamiroquai, Mr. Fiddler poleca:


a na zakonczenie nowa praca Wulli (SumSumo.net) "z miłości do Hip Hopu". poznajesz wszystkich?

środa, 24 września 2008

gorzko wątrobowo

poszedlem dzisiaj w koncu zrobic badanie USG, bo gdyż poniewaz, jak niektorzy wiedza a inni nie, zupelnym przypadkiem, przy okazji robienia pierdołkowatych badan (morfologia, OB itp.) dowiedzialem sie ze moje enzymy watrobowe i inne groznie brzmiace tałatajstwa jak alaty, bilirubiny, trojglicerydy czy inne aspaty sa ponad wszelkie normy dopuszczone przez UE i panstwa szeroko pojetej cywilizacji indochinskiej. jak ten 'przypadek' doszedl do skutku? otoz moja mama przez 30 lat pracowala w Wojewodzkiej Stacji Krwiodawstwa przemianowanej pozniej na Regionalne Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa (w Szczecinie oczywiscie). nie musze chyba mowic ze od dziecka kolezanki mojej rodzicielki kluly mnie tam ochoczo i za darmo i sprawdzaly wszelkie mozliwe wyniki od zawartosci cukru w kropli krwii z KURWEWSKO bolącego rozcietego opuszka az po poszukiwania zdradzieckiego HIV'a od wczesnych lat mlodzienczych - mimo ze z narkotykiem dozylnym stycznosci nie mialem, a i inicjacje wymian plynow ustrojowych przeszedlem dosc pozno, o oralno-analnych zabawach w gronie tej samej plci nie mowiac, bo my sie kochamy, ale "nie jak geje, jak przyjaciele", że pozwole sobie zacytowac Walerego. wracajac do meritum - zrobiwszy sobie te badania, przedstawilem wyniki mamie, a wlasciwie technikowi analityki Graży. no i Grażo-Mama zalamala rece, zaplakala nad losem swego jedynego syna i powiedziala ze z tego co ona widzi to jest jakis dramat i ze ja pierdole (tego nie powiedziala ale ten zwrot dosc dobrze podsumowuje jej monolog). oczywiscie chłopczyk-owczyk zbagatelizowal mamine przestrogi, oczywiscie dla swietego spokoju spotkal sie z lekarka, kolezanka mamy i wysluchal jak to alkohol jest raczej be w tej sytuacji, powiedzial ze postara sie ograniczac, ale w najblizszy weekend dal w palnik klasycznie "no bo skoro inni pija tyle co ja i jest z nimi wszystko ok to ze mna musi tez byc dobrze a od nastepnego tygodnia dietka chuje muje". oczywiscie jak pewnie sie domyslacie (pierwsze wyniki mialem kolo lutego) postanowienia najpierw mocne, potem coraz slabsze, przechodzily z poweekendu na poweekend az w koncu umarly smiercia naturalna. w miedzyczasie zrobilem sobie jeszcze dwa razy wyniki, raz spadly (niewiele) drugi raz nie wzrosly (chociaz to) niemniej jednak spadek (hipotetycznej) sredniej temperatury na ziemi z 60stopni do 52 nie bylby jakims specjalnym progresem, bo bysmy sie wszyscy kurwa posmazyli, pogotowali, podusili i pogrillowali. ta barwna niczym flaga homoseksualistow metafora dosc dobrze oddaje "poprawe" moich wynikow. po trzecim spotkaniu ze strzykawką postanowilem dac sie namowic i poszedlem do dietetyczki (ktora okazala sie moja znajoma sprzed paru lat :) zeby dowiedziec sie co jesc, czego nie jesc, co pic, czego nie pic i te pe. o dziwo przez pierwsze pare tygodni szlo mi niezle, byly kefirki z otrebami, serki odtluszczone, ciemne pieczywo, chude wedliny z kurczakow i innych nielotów, warzywa owoce, woda woda duzo wody dla ochlody cafe biba i tego typu zdrowe pierdoly. niemniej jednak wciaz weekendowo nie wylewalem za kolnierz, no bo jak to w city sie wodki z chlopakami i dziewczynami nie napic? w weekend nie pocisnac browarka? i tak jeden weekend, drugi, jakis wyjazd, jezioro, warszawa i dieta poszla sie delikatnie mowiac jebac niczym przedstawicielka kwiatu bulgarskiej autostrady. minely wakacje, minal wrzesien, po kolejnych podejsciach w koncu poszedlem dzisiaj na USG wspomniane na poczatku i tam pan docent-doktor-lekarz powiedzial mi co nastepuje. OTOZ ma pan panie patryku wszelkie objawy otluszczeniowego zapalenia watroby na tle alkoholowym (o ile dobrze zapamietalem terminologie - ale o to mniej wiecej chodzilo), z mozliwym zwloknieniem (ale to wykazalaby ewentualne biopsja) oraz pare kamyczkow w 'narządach Salety'. i zaczal mi opowiadac, jakie sa kolejne stadia tego schorzenia (bo to juz nie zaniedbanie, to schorzenie) - zwloknienie, cos tam cos tam, a na koniec bohaterka dowcipow mlodych hulakow, ktorym sie wydaje ze beda zyc wiecznie - marskosc. woreczek zolciowy i trzustka w normie - tak na marginesie.
czy to bylo cos czego nie wiedzialem wczesniej? nie. czy spodziewalem sie takiej diagnozy? tak. co w takim razie sprawilo ze po wyjsciu z gabinetu, od ku sloncu az do careefoura szedlem z moja mama praktycznie nie podejmujac tematu badania, mimo ze ona moze na temat mojego zdrowia gadac 24h na dobe, 7 dni w tygodniu? otoz wczesniej wszyscy mnie straszyli. czy to babki w Centrum, czy mama, czy lekarze,, kazdy z nich mial ton w stylu "jak nie zmienisz trybu zycia to umrzesz albo gorzej, wiec zacznij robic to to i to" a w tle walace na horyzoncie pioruny i zacinajacy deszcz. jestem taki ze jak widze ze ktos przesadza w celu wywolania efektu przerazenia, to minimalizuje zagrozenie i w rezultacie olewam przestroge. ten docent natomiast, wiekowy gosc, do ktorego na badania przyjezdzaja ludzie ze slaska, niemiec i inncyhn zakatkow swiata zwyczajnie mi przedstawil opcje. bez moralizatorstwa, bez mowienia co powinienem zrobic, bez wytyczania diet, bez namawiania na cokolwiek. po prostu podal diagnoze, powiedzial gdzie sa przyczyny i co powinno sie stac jesli sie ogarne a co jesli sie nie ogarne. i to mnie chyba ruszylo. autentycznie pierwszy raz pomyslalem "stary, nasrałeś sobie we wlasne gniazdo". niby hulam jak inni, ale, jak powiedzial lekarz "jeden wypije wiadro wodki i nic a inny pare piwek i juz cos jest nie tak - pan niestety nalezy do tej drugiej grupy". niestety.
moze blog nie jest najlepszym sposobem na obiecywanie sobie czegos (bo najczesciej robie samego siebie w balona, ku wlasnej idiotycznej uciesze, figa z makiem z pasternakiem), ale wiem ze czyta to wielu moich ziomkow od kielona, od urwanych filmow, nocnych taksowek, malych lechow w butelce i kolejek kamikadze. z tym niestety koniec, moja watróbka zasluguje na odpoczynek, regeneracje, wyjazd do spa i wakacje na krecie w towarzystwie jelita grubego (bo oni cos ze sobą krecą podobno, mimo ze wiem ze prawe pluco sie w watrobie kocha na zaboj). dlatego tez prosze was Moi Drodzy o nie testowanie mojej PRZEsłabej woli, nie namawianie mnie na kielona, nie stawianie mi niczego na barze (chyba ze soku) - to bedzie najlepsza pomoc, bo za klepanie po watrobie i mowienie ze bedzie ok, bede sprzedawal liscie (facetom) albo wreczal wizytowki (kobietom :P). a tak zupelnie powaznie na dluzszy czas MUSZE przestac zasilac budzet panstwa wplywami z akcyzy. sorry Donald, nic osobistego, wiesz jak jest.
...poza wszystkim jestem zabawny, inteligentny, elokwentny, musze sie tylko nauczyc tak fajnie gibac do rytmu na trzezwo i nawet nie zauwazycie roznicy ) - tylko ja bede mial problemy z rozszyfrowaniem co wy do mnie mowicie. ale spoko przyzwyczaje sie :)

a zeby nie bylo tak bardzo dolujaco medycznie lekarsko, to zalaczam wam moje dziatki, w dniu premiery, klip promujacy wydawnictwo "Szczecin Główny Trzy" wykonany przez dwojke moich znajomych :) (nie lansuje sie, po prostu ich znam, stad 'znajomi' - Pani Beata udziela sie nawet co jakis czas w shoutboxie jakoby ktos nie wiedzial - czas NAJWYZSZY zebym jej sie odwdzieczyl za te komentarze :)

PJR feat. Beata Andrzejeska - Sedina cz.2


a na dokladke dwa najnowsze plakaty z baaaaardzo oczekiwanego przeze mnie ale nie tylko filmu "The Spirit".

Bohater


i Złoczyńca

niedziela, 21 września 2008

kupa nowosci :)

wczoraj sie napisalem, chociaz moze i niezbyt interesujaco, za to dzisiaj bez zbednych komentarzy.

najpierw dowód na to że wielcy tego świata również maja przyziemne problemy. powiedziałbym że BARDZO przyziemne - panie i panowie DIDDY:

(ostatnio czytalem ze Szczecin jest okropny bo wszedzie kupy i brudno i ble. no wiec powyzej macie drodzy fekalni malkontenci, okazuje sie ze nie tylko w naszym grajdole/wiosce z tramwajami mozna trafic na mine przeciwpiechotna).

podobaly sie fotosy? to teraz maly filmowy newsik (ang/pol. maly krotki news) - kiedys dawno dawno temu, jak jeszcze owczych rodzicow nie bylo na swiecie czyli w 1951 roku wyszedl taki oto film (pod plakatem link do opisu):

w tym roku czeka nas remake (bo amerykanie kochaja krecic od nowa klasyki i tym samym cudownie je rozjebac). tym razem jednak szykuje sie hmmm, nie powinienem tego mowic, bo sztuka krecenia zwiastunow jest na tak wysokim poziomie, ze KAZDY zapowiadany film powinien zdobyc oskara za wszystko. wracajac do rimejka - bedziemy mieli okazje obejrzec odswiezona wersje tego klasycznego filmu sci-fi. glowne role? jennifer connely i keanu "mam-jeden-wyraz-twarzy-od-dziecka" reeves. moze jestem troszke naiwny ale ponizszy trailer (7 minutowy - rzadkość rzadkość) napawa optymizmem - oczywiscie jesli lubisz takie filmy, bo wiem ze niektorzy tudziez niektore czytelniczki to tak niechetnie niechetnie :)

The Day The Earth Stood Still 2008

p.s. ciekawostka jest to, że pierwowzorem kosmity w ktorego role wcieli sie Keanu jest taki oto pan - Klaatu:
z bogactwem swojej mimiki, Reeves bedzie IDEALNYM odtworca tej roli :)))

sobota, 20 września 2008

dedicated / tenisowsko

dzisiaj hofander napisal ze sie nudzi jak nic nie piszę. nie to zebym pisal specjalnie dla jego wychudlej mordy, ale niech to bedzie post z dedykacją dla pana redaktora-dziennikarza wraz z gratulacjami za pierwsze wejscie 'live' przy okazji Pekało Łopen 2008. Panie Danielu, graty graty, tylko niech sie Pan tak nie spina na tego starawego kmiotka przy wejsciu od 17stki, w koncu kazdy wie ze Pan tu juz od 13 lat i Pan wie ze nie nalezy mordy drzec za bardzo w trakcie meczu a juz wymiany szczegolnie :) zaczalem poniekąd o tenisie więc poniekąd pociągnę bez żadnych swinskich skojarzen ten temat nieco. w tym roku olalem sedziowanie na ww. turnieju, ale dzieki uprzejmosci niejakiego Chomika dostalem wejsciowke, z ktorej niestety nie korzystalem, moja wina moja wina. dlatego tez nie mam specjalnych refleksji dotyczcych organizacji tegorocznej edycji. w zeszlym roku i rok wczesniej i nawet rok wczesniej jeszcze mialem kurwa MILION przemyslen, ale to juz minelo, poszlo z dymem, procentami i wszystkimi ubitymi przeze mnie szarymi komorkami, ktorych zdrowie pije, ubijajac przy okazji kolejne zastępy szarej masy. wracajac jednak do turnieju, 'in plus' zanotowalem:
- zroznicowana oferta lodów z netto - i owocowe, i podrobki magnum i pinokio i takie i siakie, wszystkie za friko
- gratisowe kielbaski na gorąco z wiesenhof/drobimex/zmieniamynazwetylkokurwapoco
- zrezygnowanie z formuly 'jazz' na rzecz 'music' przy organizacji festiwalu towarzyszacego turniejowi. dzieki temu we wtorek moglismy wpasc na calkiem niezly koncert Noviki (calkiem - niestety nie ogarnela zupelnie stopniowania klimatu i ulozenia piosenek 'od spokojnych do tanecznych' przez co mialem wrazenie jazdy na sinusoidzie... tak tak, kiedys jezdzilem na sinusoidach, zawodowo, jak bylem murzynem)
- gazeta wyborcza, żydomasonska tuba propagandowa michnika, za darmo w numerach aktualnych.
jak widac jaralem sie glownie tym co bylo na turnieju za darmo, ale w koncu skoro cos mi daja, nie chca za to hajsu, a to cos jest do tego smaczne/miłe/interesujace to czemuz sie tym przez chwile nie zachwycic i nie wspomniec potem na forum. taki maly podarek duzo radosci :) jesli natomiast chodzi o glowna (wbrew pozorom) atrakcje turnieju to:
dzisiaj wpadlismy na dwa polfinaly singlowe - w pierwszym, ku naszej satysfakcji i niezrozumialym zawodzie reszty kibicow, najwiekszy burak polskiego tenisa, Łukasz Kubot przejebal w 3setowym pojedynku z Albertem Montanesem, karakanem z Hiszpanii. Kubot byl przez moment 'nadzieją' (kolejna) polskiego tenisa meskiego, dotarl sobie nawet dosc wysoko (jak na Kubota, Polaka, krajana, kuma, jak zwal tak zwal) w US Open. co z tego skoro swoj niewatpliwy (wydaje mi sie) talent i niezle warunki fizyczne rozmienil gdzies na drobne dodajac do tego wyjatkowo chamski i gburowaty sposob bycia (na korcie, prywatnie to moze wspanialy gosc, nie wiem, nie sprawdzalem) oraz jedne z chujowszych wymowek dla slabego wystepu jakie slyszalem (slynne przelozenie godziny meczu i zwiazana z tym inna godzina posilku... a szkoda gadac). dobrze nastawieni usiedlismy (po odwiedzeniu toi toi) zeby obejrzec drugi polfinal (znowu z udzialem polaka, no kurwa dzien dziecka :P). tym razem jednak nie reprezentowal nas zaden burak ale finalista juniorskich US Open i Roland Garros niejaki Jurek Janowicz, lat prawie 18. chlopak ma 202cm wzrostu i serwuje po 230 na godzine, niestety dostal (oj dostal dostal) ostre baty od (znowu) niewielkiego, tym razem francuza o wdziecznym imieniu Florent Serra. nie ma sie jednak co zalamywac, mlody ma jeszcze przed soba mnostwoe czasu na ewentualna kariere (a warunki ma), za to żabojad zasluzyl na wygrana, napierdalal rakietą jakby mial reke z zelaza, przez 16 gemow nie zagral ANI JEDNEGO slice'a, wciaz napierdalal i napierdalal i napierdalal mocarne szoty w kierunku polaka. moze nie jestem obiektywny bo lubie francuskich tenisistow jaram sie tsongą gasquetem czy monfilisem wiec monsieur Florent ma u mnie na jutro łatwy do wzięcia kredyt sympatii w bz wbk. ubiegajac pytania - finalu debal nie obejrzelismy gdyz bo poniewaz spozywalismy w rodzinnym gronie piwka pod namiotem :)

to tyle o sporcie i tyle na dzisiaj wlasciwie tez, HA, tak was zalatwilem suspensowym hiczkokowkim zkaonczeniem ktorego nikt sie nie spodziewal :) pozostaje mi tylko jedno, życzyć milej lektury (chociaz to powinienem zrobic na poczatku) i polecic nowiuśką, nówkafunkielnieśmiganą plyte pana Raphaela Saadiqa. powtorze sie teraz troszke, ale jesli TO nazwisko nic ci nie mowi.... to naprawde wroc na lansik.pl i juz stamtad nie wracaj :)

Raphael Saadiq - The Way I See It
milego sluchania :)